sobota, 4 kwietnia 2020

Mój tydzień w Stambule




W związku z tym, że jako ludzkość mamy obecnie „szlaban” na podróżowanie, to jeszcze przyjemniej wraca się myślami do wcześniejszych wypraw. W tym miesiącu mija pięć lat od wymiany międzynarodowej w Stambule, w której miałem przyjemność wziąć udział, więc postanowiłem odświeżyć moją relację, napisaną od razu po powrocie z Turcji. Mam nadzieję, że zachęcę Was do tego, by po tym jak świat wróci do normy, pomyśleć o Stambule jako o potencjalnym kierunku przyszłych podróży.

Relacja ta w pierwotnej wersji została napisana w 2015 roku, więc w tym czasie mogło się w Stambule dużo zmienić.


Pierwszą różnicą jaką można odczuć przybywając do Stambułu jest z pewnością klimat, gdyż przecież miasto to znajduje się w strefie klimatu podzwrotnikowego. Zmianę klimatu dało odczuć się już po wylądowaniu na lotnisku Sabiha-Gokcen, w azjatyckiej części miasta. Żar z nieba i wysoka wilgotność nie były zbyt komfortowymi warunkami, ale na pewno przyjemniejszymi niż niedzielny deszcz, który totalnie zaskoczył przybyszów z centralnej Europy. Pogoda była tak zmienna, że jednego dnia najpierw obficie padał deszcz, a później rozpieszczało nas słońce podczas rejsu wodami Bosforu.


Deszczowa niedziela na jednej z klimatycznych uliczek

Większą różnicą niż klimat i w sumie najbardziej widoczną w codziennym życiu jest kultura. Oczywiście Turcja jest oficjalnie państwem świeckim ale każdy dobrze wie o tym, że praktycznie jest to jednak państwo islamskie. Oczywiście od razu w oczy rzuciły się meczety, które wydawały się być wszędzie, a ich minarety dumnie wyrastały ponad budynki mieszkalne. Łącznie w Stambule znajduje się ponad dwa i pół tysiąca czynnych meczetów. Już pierwszej nocy ta imponująca liczba dała mi się we znaki, ponieważ o piątej nad ranem obudziłem się przez „śpiew meczetów” zlokalizowanych w pobliżu domu. Echo nawoływania do modlitwy, niosącego się z głośników było tak głośne, że brzmiało, jakby ktoś śpiewał w moim pokoju. Oryginalny budzik, ale trzeba było się przyzwyczaić, bo ''śpiewające meczety'' towarzyszyły mi przez cały tydzień i pięć razy na dobę nawoływały do wspólnej modlitwy.

Błękitny Meczet - jeden z najpiękniejszych meczetów na świecie

Niecodziennym widokiem były również muzułmańskie kobiety, których zdecydowanie większa część miała na głowie chusty, a u niektórych widoczne były jedynie piękne, brązowe oczy. Z kobietami jak z meczetami, trzeba było się przyzwyczaić i po jakiś dwóch dniach ten widok był dla mnie po prostu normalny. Natomiast nie mogłem zrozumieć czegoś innego związanego z płcią. Już podczas pierwszej kolacji kobiety nie zasiadły z nami przy jednym stole, ale jedynie przygotowywały jedzenie, podawały do stołu i dolewały herbatę. Pierwszy posiłek przy jednym stole z kobietami w islamskim domu zjadłem dopiero w środę, kiedy to odwiedziliśmy młode kuzynki mojego hosta.

Mimo, że było widać dużą różnicę obyczajową w tureckim domu, to żyło mi się tam dobrze. Dlaczego? A dlatego, że muzułmanie to bardzo gościnni i mili ludzie. Każdego dnia spotykałem się z wielką troską z ich strony i już teraz wiem, że te wszystkie negatywne opinie o wyznawcach islamu to totalna bzdura. Przed wyjazdem słyszałem, że lepiej nie poruszać u nich tematu religii, ale okazało się to nieprawdą. Podczas jednego z obiadów odbyła się kulturalna i pełna szacunku rozmowa o religiach i różnicach między Chrześcijaństwem a Islamem. Muzułmańską gościnność można poczuć również podczas posiłków. Nie dość, że gotują smacznie, to jeszcze bardzo syto i nie było dnia, w którym się nie najadłem. Do gustu przypadła mi turecka herbata, podawana w intrygujących, małych szklaneczkach. Bardzo dobra była również turecka kawa, która jest bardzo mocna, ale z mlekiem smakuje wyśmienicie. Turecka kuchnia ogólnie różni się bardzo od polskiej, wiele dań jadłem po raz pierwszy, ale wszystko jest jak najbardziej zjadliwe i generalnie smaczne. Właśnie podczas tej podróży pierwszy raz zjadłem prawdziwego kebaba, który ani trochę nie przypomina tych serwowanych w Europie.

W Stambule bardzo spodobało mi się manifestowanie swojej narodowości przez ludność turecką. Tysiące flag zwisało na fasadach budynków lub powiewało na masztach. W wielu miejscach można było zobaczyć również wielkie wizerunki ojca Republiki Tureckiej, czyli Mustafy Kemala Ataturka, który dumnie kierował wzrok ku niebu. Trochę trąciło komunizmem, ale z całą pewnością ten wielki człowiek zasługuję na szczególną pamięć, bo to w końcu dzięki niemu Turcy mają swoje państwo. Akurat złożyło się tak, że 23 Nisan (czyli kwiecień) to tureckie święto niepodległości. W tym dniu byłem świadkiem uroczystości na wyspach Adalar, gdzie mogłem posłuchać patriotycznego śpiewu męskiego chóru.

Mustafa Kemal Ataturk - ojciec narodu tureckiego

Stambuł to ogromna metropolia i poruszanie się po nim nie było łatwym zadaniem. Mieszkałem w dzielnicy Okmeydani, więc do szkoły położonej w Sariyer czekała mnie długa podróż z przesiadką. Najpierw krótki spacer na przystanek metrobusa. Nawiasem mówiąc metrobusy to bardzo wygodne rozwiązanie, bo łatwo dostać się do głównych stacji metra. Jedynym problemem był ścisk, bo taki metrobus przewoził około dwieście osób, więc niemal za każdym razem czekało na mnie mimowolne przytulanie. Po wyjściu z metrobusa wchodziło się do podziemia, gdzie obok przewijały się tysiące ludzi. Mimo to, metro było bardzo wygodnym i co ważniejsze szybkim środkiem transportu. Infrastruktura w Stambule jest tak dobrze zorganizowana i zaplanowana, że nie miałbym żadnego problemu z dotarciem do szkoły samemu.

Jedna ze stacji metra, dokładnie przy placu Taksim

Sama szkoła bardzo mnie zaskoczyła. Mustafa Kemal Anadol Ogretmen Lisesi to szkoła prywatna, ale wizualnie odstawała znacznie od polskich szkół. Mimo, że w każdej klasie była nowoczesna tablica multimedialna, to nie pasowała ona do ławek z zeszłego wieku i dość obskurnego wyglądu sali. Do gustu bardzo przypadła mi lekcja wychowania fizycznego, ponieważ ciekawie wyglądała gimnastyka na świeżym powietrzu oraz gry zespołowe na małych boiskach. Bardzo rozbawił mnie dzwonek, który nie był klasycznym dźwiękiem znanym w wielu krajach, tylko po prostu orientalną, kilkusekundową muzyczką. Szkoła ta miała po prostu swój indywidualny klimat, który dało się odczuć uczęszczając tam przez pięć dni.

Typowa turecka klasa

Podsumowując mogę zapewnić, że mimo znacznych różnic i szoku kulturowego, był to niesamowity tydzień. Podróże kształcą i dają inne spojrzenie na świat. Dzięki tej wizycie mam inne podejście do muzułmanów, którzy są naprawdę wspaniałymi ludźmi a zła opinia to tylko stereotypy rozpowszechnione przez zachodni świat. Spotkałem się z bardzo ciepłym przyjęciem przez całą rodzinę (a poznałem około trzydziestu jej członków) i z wielką troską z ich strony. Stambuł to piękne miejsce, które mimo tłoku i szybkiego życia jest niesamowitym miastem. Miastem, które łączy tradycyjność z nowoczesnością, co daje mu wyjątkowy charakter. Wizyta w Stambule była niesamowitą przygodą i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

A na koniec jeszcze więcej zdjęć...

Na ulicy można zakupić smaczne jedzonko

Widoczki podczas drogi do szkoły

Zabawy na świeżym powietrzu podczas przerwy

Cieśnina Bosfor dzieląca Europę i Azję

Taki rodzaj sztuki ulicznej to mi się podoba!

Coś po arabsku ;)

Piękne zdobienia jednego z meczetów

Hagia Sophia - jeden z symboli Stambułu

Jedna z najsłynniejszych ikon w Hagia Sophia

Połączenie chrześcijańskiej kultury dawnego Konstantynopola z islamską kulturą Stambułu

Pałac Dolmabahçe - centrum administracyjne Imperium Osmańskiego

Jeden z mostów łączących Europę i Azję

Kwietniowy festiwal tulipanów

Widok na Stambuł z pobliskiej wyspy

Zachód słońca podczas rejsu po Cieśninie Bosfor - jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz