sobota, 8 września 2018

Próg, w którym można się zakochać


Praga – stolica naszych południowych sąsiadów i jedna z perełek wśród europejskich miast. Tak się złożyło, że swój wakacyjny urlop postanowiłem spędzić właśnie w mieście nad Wełtawą i okazało się, że to był najlepszy z możliwych wyborów. Mimo, że ten blog nie jest blogiem podróżniczym i nigdy wcześniej nie opisywałem swoich wyjazdów (prócz tygodnia w Stambule opisanego dla redakcji Media i Młodzież), to podzielę się z Wami przeżyciami oraz przedstawię praskie ''must see''.

Zacznijmy od tego, że był do dla mnie wyjazd wyjątkowy, gdyż pierwszy raz wyjechałem za granicę sam. Zawsze wyjeżdżałem albo na wymiany międzynarodowe albo z grupą przyjaciół, więc można powiedzieć, że był to dla mnie dziewiczy wyjazd, nieważne jak dziwnie to nie zabrzmi :). Czy było strasznie? Nie. Śmiem nawet stwierdzić, że jest to najlepsza forma podróżowania, a towarzystwa brakowało mi jedynie podczas posiłków. Dzięki tej samotności mogłem sam wyznaczyć sobie twarde zasady, które pozwoliły mi na zobaczenie wszystkiego, co zaplanowałem (pierwszy raz się to udało!). Budzik dzwonił o siódmej, później półgodzinny prysznic z poranną toaletą, godzina spędzona na śniadaniu i popijaniu kawki w hotelowej jadalni i w miasto! Nikt nie namawiał do dłuższego wylegiwania w łóżku. Nikt nie narzekał, że jest głodny. Nikt nie był zmęczony (a ostatniego dnia przeszedłem około dwudziestu kilometrów pieszo – dla mnie raj!). Dzięki tej dyscyplinie mogłem zobaczyć wszystkie punkty absolutnego ''must see'', które dla Was przygotowałem.

1. Wzgórze Wyszehrad

Zacznę od wzgórza, na którym według legend zaczęła się historia Czech. To właśnie tam w zamku mieszkała wnuczka legendarnego Czecha (tak, tego do Lecha i Rusa), czyli Libusza. Pewnej nocy miała sen, w którym dostała wskazówkę, iż należy znaleźć w pobliskich lasach człowieka, który ciosa próg do swojego domu i w tym miejscu wznieść nowe miasto. Tak właśnie powstała Praga, która z w języku czeskim oznacza po prostu ''próg'' (stąd próg w tytule artykułu). Tyle z historii. Obecnie po zamku nie ma śladu, ale są za to piękne fortyfikacje, gdyż w kolejnych stuleciach wzgórze stało się twierdzą obronną oraz klimatyczny miejski park. Spacer po fortyfikacjach to świetna forma aktywnego wypoczynku, gdyż można przemierzyć duże odległości napawając się pięknymi widokami. Dodatkowo obserwując miasto z tej perspektywy, można poczuć się jak słowiańscy wojowie, którzy zamieszkiwali ten teren w XI wieku i z tej perspektywy patrzyli na krainę po drugiej stronie Wełtawy. Na wzgórzu możemy również zobaczyć piękny kościół oraz cmentarz, na którym spoczywają najwybitniejsi Czesi.

Kościół św. Piotra i Pawła


Fragment fortyfikacji i widok na miasto

Jeden z grobowców na cmentarzu sławnych Czechów

2. Hradczany

Przyznam, że nie mogłem doczekać się zwiedzenia królewskiej dzielnicy. Na początku mojej zamkowej wyprawy myślałem, że zabłądziłem, gdyż wysiadłem na stacji metra – Hradcanska, a tam ulica przypominająca raczej obwodnicę Trójmiasta niż część kompleksu zamkowego. Jednak po kilometrze spaceru, w końcu zza budynku Ministerstwa Obrony Narodowej wyłoniła się katedra Świętego Wita. Najpierw na każdego zwiedzającego czeka kontrola przeprowadzana przez sympatycznego żołnierza. Skąd wiem, że sympatycznego? Zabierając swoją torbę ze stolika, zahaczyłem i niemal wywróciłem na niego żelazny stół, a ten zareagował jedynie życzliwym śmiechem :-). Po wejściu od strony metra Hradcanska zwiedzanie zaczyna się od pięknych ogrodów, które czarowały swoim wyglądem mimo końcówki lata. Później przez bramę można wejść na dziedziniec największego zamku na świecie. Przy bramie spotykamy wartujących żołnierzy, którzy wymieniają się co godzinę. Ja miałem to szczęście, że byłem na zamku w okolicach południa, więc o 12 widziałem najbardziej uroczystą zmianę warty. Sam dziedziniec przypominał mi bardzo krakowski Wawel, a duże wrażenie zrobiła budowana przez sześć stuleci katedra Św. Wita. Po drugiej stronie zamku na zwiedzających czekają kolejne ogrody oraz zapierająca dech w piersiach panorama Pragi. Na Hradczanach możemy zobaczyć też m.in. Belweder królowej Anny, Pałac Schwarzenbergów czy Złotą Uliczkę, na której według legend alchemicy wytwarzali złoto.

Warta honorowa przed bramą do zamku

Katedra św. Wita

3. Rynek staromiejski

Rynek to najbardziej reprezentacyjny plac miasta. Na samym środku znajduje się pomnik bohatera narodowego – Jana Husa, który spłonął na stosie śpiewając ''Kyrie elejson'' za to, że był prekursorem protestantyzmu. Czeski bohater patrzy dumnie w stronę klimatycznego ratusza, na którym znajduje się słynny zegar astronomiczny ''Orloj'', który działa od XV wieku, co czyni go najdłużej działającym zegarem astronomicznym. Niestety trafiłem na okres prac konserwatorskich, więc jedną z głównych atrakcji starego miasta mogłem oglądać jedynie przez prześwitujący materiał. Na starym mieście znajduje się także najstarszy w tej części Europy uniwersytet, czyli Carolinum, pod którym tekturowa wersja Karola IV zachęca do zrobienia sobie z nim zdjęcia (z czego oczywiście chętnie skorzystałem). Największe wrażenie w tej części miasta zrobiły na mnie jednak wąskie i kręte uliczki, po których spacerowałem i błądziłem, napawając się ich wyjątkowym klimatem.

Jan Hus patrzący na miasto, które skazało go na śmierć na stosie

Zasłonięty zegar astronomiczny

Ratusz staromiejski

4. Most Karola

Zdecydowanie najsławniejsza i najbardziej pocztówkowa atrakcja Pragi. Most ma ponad pół kilometra długości i prawie dziesięć metrów szerokości, co sprawia, że jest to najstarszy zachowany most kamienny o tej rozpiętości przęseł. Spacerując po moście jesteśmy obserwowani przez trzydzieści figur świętych, a jednym z nich jest Św. Jan Nepomucen, który w tym miejscu został na rozkaz króla wrzucony do rzeki. Most uważany jest także za jedno z najbardziej romantycznych miejsc Europy i muszę przyznać, że randka ze samym sobą była na nim jak najbardziej udana ;-). Najlepszą porą na spacer po moście Karola jest zdecydowanie zachód słońca i zmrok, gdyż wtedy miasto wygląda najlepiej, a obserwujące figury świętych nadają przechadzce wyjątkowy klimat. Oczywiście polecane jest zwiedzanie mostu wczesnym rankiem lub późną nocą, gdyż nie jest wtedy oblegany przez rzeszę turystów, jednak muszę przyznać, że na początku września nawet w godzinach szczytu było dość spokojnie. Jedyną ''stłuczkę'' miałem z małym Azjatą, który ze swoim równie małym aparacikiem biegał od świętego do świętego i robił zdjęcia nie zwracając uwagi na otaczający go świat.

Widok z mostu na Hradczany

Krucyfiks w środkowej części mostu

Niezatłoczony most - rzadki widok

5. Vaclavak

Plac Wacława jest główną arterią praską, która tętni życiem i w dzień i w nocy. To właśnie w tym miejscu w 1989 roku rozpoczęła się aksamitna rewolucja, która doprowadziła do obalenia systemu demokracji ludowej oraz uwolniła Czechosłowację od komunizmu. Obecna nazwa placu pochodzi od znajdującego się na nim pomnika świętego Wacława, który z konia obserwuje tętniącą życiem okolice. Za pomnikiem rozciąga się imponujący gmach Muzeum Narodowego, które mieści obecnie ponad 14 milionów pozycji z zakresu historii naturalnej czy sztuki. Vaclavak jest znany nie tylko jako miejsce ważnych przemian, ale także jako dzielnica czerwonych latarni, gdyż liczba miejsc świadczenia usług erotycznych jest ponadprzeciętna. W związku z tym na placu Wacława można nacieszyć i duszę i ciało ;-).

Święty Wacław patrzący na plac

Vaclavak

6. Mala Strana

Zdecydowanie moja ulubiona część Pragi, gdyż ta urokliwa dzielnica pełna jest przepięknych domów, pałaców i kościołów prezentujących różnorakie style architektoniczne, ale przede wszystkim urzekły mnie oczywiście malownicze uliczki, często biegnące stromo pod górę. Nie będę się więcej rozpisywał o jej pięknie, gdyż lepiej oddadzą je poniższe zdjęcia.

Widok na dzielnicę z zamkowych ogrodów

Ambasada Polski

Jedna z klimatycznych uliczek

Potężny kościół św. Mikołaja


7. Ściana Lennona

Wśród urokliwych uliczek Malej Strany znajduję się wyjątkowa ściana, na której młodzi Czesi pisali skargi na komunistyczne władze. Inspirowali się oni osobą Johna Lennona i twórczością The Beatles. Oczywiście komunistyczne władze robiły wszystko, by ugasić zapał młodych ludzi, co doprowadziło nawet do starć w okolicach Mostu Karola. Wielokrotnie ściana była zamalowywana farbą, ale za każdym razem niemal natychmiast pokrywała się kwiatami, tekstami Beatlesów czy poezją . Dziś ściana jest symbolem miłości i pokoju oraz miejscem wyjątkowym, w którym można zatrzymać się i pomyśleć o tym, jak bardzo ważnymi i ponadczasowymi wartościami są właśnie miłość i pokój. Było to jedno z miejsc w Pradze, które doprowadziło mnie do wewnętrznego wzruszenia i głębszej kontemplacji.

Ściana pokryta jest kilkoma warstwami pokojowego graffiti

Muzyk wykonujący utwory The Beatles

Portret Johna Lennona umieszczony na ścianie

8. Josefov

Josefov to żydowska dzielnica Pragi, która była gettem podczas II Wojny Światowej. Jest to mały kwartał, na którym przetrwało wiele pięknych zabytków i śladów kultury żydowskiej. Wszystko to dzięki … Adolfowi Hitlerowi, który wymyślił sobie, że ta dzielnica będzie muzeum wymarłej rasy. Na terenie dzielnicy znajduje się sześć ciekawych i różniących się od siebie synagog, a najbardziej urzekła mnie Synagoga Maisela, która reprezentuje styl pseudogotycki. ''Atrakcją'' turystyczną tej części miasta jest także najstarszy w Europie kirkut, czyli cmentarz żydowski, na którym najstarszy nagrobek pochodzi z 1439 roku, a liczba pochowanych to około 80 tysięcy (robi wrażenie, zwłaszcza, że to mały obszar, ale za to składa się z aż 12 warstw cmentarnych).

Sala Obrzędowa - tu przygotowywano zmarłych do pochówku

Synagoga Maisela

9. Praskie Jezulatko

Mimo, że w Pradze jest wiele pięknych budowli sakralnych, to jeden z kościołów jest wyjątkowy. Mowa o kościele Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej, który znajduje się wśród klimatycznych uliczek Malej Strany. Nie chodzi o samą budowlę, lecz o ukryty we wnętrzu świątyni, otoczony od wieków powszechnym kultem skarb – figurkę Praskiego Dzieciątka Jezus. Woskowa figurka przedstawia około trzyletnie dziecko, ubrane w białą koszulkę, spod której widać bose stópki. Dzieciątko jest wymodelowane z ogromną starannością i naprawdę potrafi wzbudzić zachwyt. W jednej rączce trzyma jabłko królewskie, a drugą błogosławi odwiedzających. Jest to miejsce kultu chrześcijan, które z pewnością spodoba się także wyznawcom innych religii czy ateistom, ze względu na bogatą barokową oprawę.

Barokowa oprawa kościoła

Praskie Dzieciątko Jezus

10. Wzgórze Petrin

Na mierzące 327 metrów wzgórze można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy z nich to kolejka linowa, która znajduje się w pobliżu mostu Legii i dowozi turystów na sam szczyt. Drugi sposób to ponad pięciokilometrowy spacer krętymi alejkami rozpoczynający się na Moście Karola. Oczywiście wybrałem drugą opcję i ochoczo przemierzyłem cały dystans wręcz wspinając się po stromych alejkach (nogi bolały aż miło!). Jednak widok, który czeka na strudzonego wędrowca na górze, z pewnością rekompensuje cały wysiłek. Po wejściu po 209 schodach wieży, która jest pięć razy mniejszą kopią wieży Eiffela, czekał na mnie widok zapierający dech w piersiach. Trafiłem na piękną pogodę, więc nie tylko widziałem całą Pragę, ale także według tego co mówili ludzie – całe Czechy. Niektórzy dostrzegali Hradec Kralove, Pilzno czy polskie góry. Ja osobiście owszem, widziałem w oddali góry, ale co do Hradec Kralove i Pilzna – zaufałem miejscowym.

Widok na stare miasto

W oddali widać inne czeskie miasta

BONUS – dzielnica Holesovice z Pałacem Przemysłowym i parkiem Stromovka

Do zestawienia pozwolę sobie dołożyć pewien bonus, który zobaczyłem, dzięki temu, że mieszkałem w hotelu w dzielnicy Holesovice. Sama dzielnica jest bardzo ładna, gdyż zabudowana jest głównie klimatycznymi kamienicami. Wśród nich wyróżnia się secesyjna perełka, czyli Pałac Przemysłowy, który znany jest głównie z tego, że odbywały się w nim zjazdy komunistycznej partii Czechosłowacji. Jedna z ogromnych hal jest otwarta do ogólnego użytku mieszkańców i akurat jak tam byłem to odbywało się jakieś spotkanie. Pozostała część pałacu jest remontowana i niedostępna dla odwiedzających. Jednak korzystając z okazji, że zapadał zmrok, a robotnicy mieli akurat przerwę – ''prześliznąłem się'' do strefy ''staff only'' i zajrzałem do każdego pomieszczenia, wyobrażając sobie jak spędzali tam czas komunistyczni włodarze. Tuż obok pałacu znajduje się park Stromovka, który jest największym obszarem zielonym w stoli Czech. Jeśli ktoś wypoczywający w Pradze chce się zresetować, odpocząć od miejskiego zgiełku i pospacerować niezliczoną ilością ścieżek, wśród fontann i stawów – gorąco polecam. Dodatkowo Holesovice słyną z ogromnej ilości klimatycznych restauracji oraz knajp, w których wieczorem mogłem zrelaksować się z kuflem pysznego czeskiego piwa i zjeść treściwy posiłek. Czeska kuchnia przypadła mi do gustu, gdyż jest podobna do kuchni niemieckiej. Moje serce skradł gulasz piwny podawany z kulkami z ciasta oraz stary bohemiański gulasz podawany w chlebie.

Klimatyczne skrzyżowanie w dzielnicy Holesovice

Park Stromovka

Pałac Przemysłowy

Reasumując polecam Wam gorąco wyjazd do Pragi, gdyż jest blisko, tanio i pięknie. W stolicy Czech czeka na nas wiele zabytków i wyjątkowych miejsc, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to idealne miejsce do aktywnego wypoczynku, licznych spacerów i zachwytów pięknem architektury. Praga to prawdziwa perełka historyczna, kulturalna i architektoniczna.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dumni po zwycięstwie, niesprawiedliwi po porażce!




W ogóle nie dziwi mnie to, że nasz sędzia – Szymon Marciniak, coraz odważniej pnie się na sędziowski szczyt. Dlaczego? Przecież pochodzi z kraju, w którym każdy jest ekspertem od oceniania i na każdym kroku ma okazję spotkać się z mistrzami w swoim fachu. Najlepszym przykładem ''polskiej szkoły oceniania'' jest rozliczanie reprezentacji narodowych na dużych turniejach. Gdy reprezentacje odnoszą sukcesy, to Polacy wnoszą się ze swoim patriotyzmem pod niebiosa i duma wypełnia nasz kraj od Podhala po Bałtyk. Natomiast jeśli przychodzi porażka, to zamiast wsparcia ''kibice'' serwują gorzką pigułkę i mimochodem chowają Orzełka w kieszeni.


Na sam początek pragnę dodać, że mój felieton nie uogólnia całego narodu oraz nie jest w żaden sposób związany ze stereotypami. Jeśli jesteś wierny i dumny z reprezentacji po każdym meczu, ten tekst na pewno Ci się spodoba. Jeśli jednak plujesz na piłkarzy po wczorajszej porażce, to wiedz, że jesteś jego adresatem.


Pociągowa loża szyderców
Niedziela 24.06.2018 r., godzina 19:37. Wsiadam w Warszawie Centralnej do pociągu TLK relacji Przemyśl-Gdynia Główna. Zajmuje swoje miejsce w przedziale, a moimi towarzyszami okazuje się grupa starszych, wesołych ludzi wracających z Krakowa. Fajnie. Nie spodziewałem się jednak, że po ponad trzech godzinach będę opuszczał pociąg w gdańskim Wrzeszczu sfrustrowany. Mój plan na drogę był prosty – dobry kryminał i tekstowa relacja z meczu na jednym z portali. Jednak o czytaniu nie było w ogóle mowy, gdyż moi współpasażerowie postanowili wytwarzać hałas przypominający startujący samolot. Na domiar złego okazało się, że wesoła grupa liczy sobie kilka przedziałów i całą podróż spędzili na chodzeniu między nimi, piciu wina i na wytwarzaniu dzikiego śmiechu. Kiedy okazało się, że starszy pan zabawiający słabymi żartami swoje koleżanki, będzie oglądał mecz na telefonie, ucieszyłem się. Jednak były to miłe złego początki. Oczywiście od pierwszej minuty meczu zaczął się alternatywny komentarz moich biesiadników, który polegał na wytykaniu Polakom nawet krzywych kroków stawianych na murawie w Kazaniu. Wynik meczu jest wszystkim znany, więc przejdę od razu do meritum tej historyjki, czyli zachowaniu po tym, jak Kolumbia wyszła na prowadzenie 3:0. Wtedy w każdym ze współpasażerów włączył się specjalista komentator-analityk-malarz-akrobata. Analizy wyciągnięte z kapelusza, ogrom krytyki w stronę Orłów Nawałki, żarty rodem z podstawówki i chore teorie – to wszystko z minuty na minutę podnosiło mi ciśnienie. Postanowiłem nawet włączyć muzykę w słuchawkach, ale ich małpie odgłosy godowe zakłócały nawet mocne, alternatywne brzmienie. Prawdziwy dramat zaczął się, gdy trafili na internetowe memy i dzielili się nimi zresztą przedziału, wywołując śmiech skuteczniej niż Benny Hill. Widziałem w tych ludziach idealny przykład rodaków, którzy lubią zabierać głos w chwilach, gdy bezkarnie można sobie ponarzekać i zmieszać dobro narodowe z błotem. Byli oni również idealnym przykładem hipokryzji, gdyż swoim zachowaniem nie szanowali współpasażerów i zostawili po sobie ogromny syf (butelki po winie czy pudełka po margarynie), a boję się myśleć jakby ci sami ludzie zareagowali, gdyby tak jak oni zachowywał się ktoś z mojego pokolenia. To jednak temat na inny felieton.

Historia lubi się powtarzać
Futbol oglądam od równych dziesięciu lat, gdyż moim pierwszym turniejem było EURO 2008. Pamiętam nadzieję związaną z naszym debiutem na mistrzostwach starego kontynentu, duże oczekiwania i poznawanie tajników piłki nożnej w gazecie ''Bravo Sport''. Jednak balonik szybko pękł, a wypłynęło z niego gorzkie rozczarowanie i narodowy gniew na reprezentację oraz pewnego angielskiego sędziego. Podobnie było w trakcie eliminacji do mundialu w południowej Afryce. W 2012 roku doczekaliśmy się turnieju marzeń, który miał być ogromną szansą dla naszych piłkarzy. Jednak w najsłabszej grupie jaką można było sobie wymarzyć, nasza reprezentacja spisała się wyjątkowo źle i szybko pożegnała się z własną publicznością. Pamiętam, że po meczu z Czechami ogarnął mnie ogromny żal, który wylałem w mało profesjonalny sposób na swoim piłkarskim blogu. Tekst usunąłem następnego dnia z samego rana, gdyż było mi wstyd. Było mi wstyd, że zachowałem się tak niesprawiedliwie, jak większość rozczarowanych rodaków. Był to mój ostatni raz, gdy pisałem o sporcie targany emocjami. Nasza reprezentacja nie podniosła się po tej porażce i dwa lata później Mundial znów odbył się bez obecności biało-czerwonych. Wtedy rozpoczęła się nowa era w polskim futbolu – Era Nawałki, która niestety pewnie zakończy się w czwartek. Polska pokonała Niemcy, awansowała do europejskiego czempionatu i we Francji zagrała lepiej niż dobrze. To wszystko przełożyło się na to, że Adam Nawałka i jego piłkarze stali się narodowymi bohaterami, a my staliśmy się dumnym ze swojej reprezentacji narodem. Jeszcze bardziej dumni byliśmy na początku czerwca, gdyż przecież nasze Orły awansowały pierwszy raz od 2006 roku na najważniejszą imprezę z pierwszego miejsca i trafiły do pozornie łatwej grupy. Balonik został napompowany ponownie i tym razem jeszcze bardziej niż na wcześniejszych imprezach. Dlatego pękł z jeszcze większy hukiem, a historia znów się powtórzyła. Polacy (nie wszyscy, ale większość) znów pokazali, że są narodem, który gloryfikuje w momencie wygranej i wyciera podłogę w chwilach porażki. Niestety.

Stało się
Polacy przegrali dwa pierwsze mecze w dość słabym stylu i jako pierwsza europejska drużyna pożegnali się z tegorocznymi mistrzostwami globu – prawda. Jednak nie mamy powodów do wstydu, gdyż powinniśmy się cieszyć, że w ogóle na tym Mundialu zagraliśmy. Biało-czerwoni wygrali wymagającą grupę eliminacyjną i w dobrym stylu wrócili po dwunastu latach na piłkarskie salony. Turniej nam nie wyszedł, ale nie możemy zapominać o tym, ile pracy włożono w to, by w Rosji się pojawić. Ile minut ciężkiej gry, ile kropli polotu i ile wysiłku włożyli ci piłkarze, by teraz być bohaterami żałosnych żartów i przedmiotami analizy ekspertów spod sklepu. Zamiast tego, należy im się wsparcie, gdyż skoro my jesteśmy zawiedzeni, to należy sobie wyobrazić, co czuć muszą oni. Oczywiście zaraz ktoś rzuciłby argument, że przecież dostaną za to pieniądze i szczęśliwi wrócą do klubów. Nieprawda. Ich sportowy głód nie został zaspokojony, a ich sportowe ego otrzymało ogromny cios. Zrobili wszystko, by zadowolić swoich kibiców, a ci odwdzięczają się im rywalizacjami na najlepsze prześmiewcze obrazki o nich. Na miejscu piłkarzy w ogóle nie przeglądałbym portali społecznościowych w najbliższym czasie, a tym, którzy jednak trafią na negatywy pod swoim adresem, polecam fragment jednej z piosenek zespołu Coma – ''I po co czytasz komentarze sfrustrowanych miernot? Niech się durnie trują jadem, oszczędź sobie złego''. A Wam drodzy kibice, którzy wspieracie dobro narodowe jakim jest polska kadra bez względu na wynik – bardzo dziękuję. Natomiast tych, którzy teraz wylewają pomyje i kibicują jedynie w chwilach triumfu, zostawiam z pewną refleksją – czy naprawdę jesteście ciągle mistrzami świata w tym co robicie? 

niedziela, 3 czerwca 2018

Zostań na brzegu albo trafisz na drugi brzeg!


W maju woda zabrała ze sobą ponad sześćdziesiąt istnień. Oczywiście jednym z głównych powodów tego śmiertelnego żniwa jest alkohol, ale najpoważniejszym zagrożeniem jest po prostu brak wyobraźni. Mimo ciągłych informacji dotyczących kolejnych utonięć, ludzie pchają się do wody niczym komary do światła. Kończy się to niestety tragicznie.

Nasze ciała nie są nieśmiertelne
Wystarczy włączyć pierwszą lepszą stację informacyjną, a na pasku znajdziemy wzmiankę o kolejnym utonięciu. Wystarczy włączyć radio, by posłuchać o tym, jak morze ''zabrało'' kolejną duszę. Jednak mam wrażenie, że ludzie wpuszczają taką informację jednym uchem, a wypuszczają drugim, skupiając się na reklamie środka piorącego, zamiast na swoim życiu. Taka postawa jest związana z tym, że duża część społeczeństwa nie jest świadoma kruchości swojego życia. Wiążę się to z pewnym poczuciem nieśmiertelności naszego ciała, co oczywiście jest tylko pozorem. Jak to możemy sobie pozwolić na śmierć, skoro rachunki jeszcze nieopłacone, deadline projektu w pracy się zbliża i za dwa tygodnie mundial w Rosji? No właśnie możemy. W takim razie siedź na plaży bez wchodzenia do morza, skoro nie chcesz oglądać mistrzostw z sektora niebo. Leż i się opalaj, bo zawsze lepiej mieć piasek w majtkach niż pogrzeb za trzy dni.

Przełom maja i czerwca to nie pora na kąpiele
Boże Ciało – ostatni dzień maja, tłumy w Parku Reagana zwiastują oblężenie plaży Brzeźno. Dochodzę na molo, a tam setki osób pluskają się w wodzie. Grymas zniesmaczenia na mojej twarzy nie był wywołany tym, że jeszcze niedawno hektolitry ścieków wpływały kilka kilometrów dalej, ale tym, że ci ludzie znajdują się w wodzie, mimo iż na plaży nie ma choćby jednego ratownika. Dodatkowo duże grono fanów zyskało skakanie do wody z molo, a każdy skok był nagradzany żwawym aplauzem zgromadzonej publiczności. Wśród korzystających z uroków Bałtyku, mnóstwo dzieci, które z aprobatą rodziców pływają, skaczą do wody i wesoło szaleją. Generalnie igranie ze śmiercią pod płaszczykiem wszechobecnej sielanki dnia wolnego. Nikt nie pamięta o tym, że ratownicy na plażach pojawiają się dopiero w lipcu, ewentualnie w połowie czerwca. Duża część tych osób pamięta natomiast o piwku na odwagę, czy o tym, że barierki blokujące wejście na zamkniętą część molo da się przeskoczyć. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Mniej alkoholu i brawury
Co zrobić, by zatrzymać tę karuzelę śmierci? Po pierwsze - mniej alkoholu. Jeśli już nie wyobrażasz sobie dnia na plaży bez ''browarka'', to zostań na brzegu i pij do woli. Skoro po alkoholu mamy problemy z chodzeniem prosto, to wyobraź sobie, co będzie, gdy dodamy do tego falowanie i miękki piasek. Pamiętaj, że stare ludowe porzekadło mówi, że pijany człowiek potrafi się utopić choćby w łyżeczce wody. Czym jest łyżeczka wody przy morzu? Tym co godzina przy wieczności. Po drugie – mniej brawury. Nie jesteś superbohaterem, Twoje ciało jest śmiertelne. Nie ma nic imponującego w skoku z molo do wody. Uwierz, że wzbudzi to więcej jęków zażenowania niż zachwytu. Dopłyniesz dalej niż reszta plażowiczów? Nic szczególnego, rok temu nasz rodak przepłynął Bałtyk wpław. Będziesz imponował zdolnościami pływackimi po kilku piwach? Super, znajomi na stypie też wezmą kilka głębszych ku Twojej pamięci (i głupocie). Będziesz nowoczesnym, wyluzowanym rodzicem i wpuścisz dziecko do morza, mimo nieobecności ratowników? Nie płacz później przed kamerami, że Bałtyk zabrał Ci dziecko. Sam je oddałeś.

Więcej wyobraźni
Już wiemy, czego na plażach robić nie można. W takim razie, co należy robić, by okrutne statystyki malały? Przede wszystkim należy użyć więcej wyobraźni. Gdyby ludzie z niej korzystali, to byśmy mieli mniej utonięć, ale także mniej wypadków drogowych itp. Pomyśl o tym, co usłyszałeś w radiu czy zobaczyłeś w telewizji i wyobraź sobie, co może stać się, gdy wejdziesz do morza, mimo że ''przez słońce te kilka piwek Cię już porobiło''. Włos się zjeżył na karku? O to chodzi. Musimy wyobrażać sobie różne scenariusze naszego postępowania, a na pewno wiele głupich pomysłów zostanie pomyślnie zweryfikowanych przez nasz rozum. Pamiętaj też o innych. Twój skok z molo i niefortunny upadek może pozbawić kogoś matki, ojca, syna, córki, brata, siostry itp. Wszyscy mamy bliskie osoby, swoje życie, plany, marzenia i cele. Nie pozwólmy, by przez głupi impuls, nasze istnienie rozkładało się w wodach Bałtyku niczym ścieki z Motławy. Nie pozwólmy, by do wód Bałtyku dolały się łzy naszych bliskich. Lepiej utopić smutki w szklance wódki, niż swoje życie w Bałtyku.

piątek, 19 stycznia 2018

Jak Turek uczy Polaków człowieczeństwa



Dwa lata temu rasiści zniszczyli mu świeżo otwarty interes, a teraz on przekazał ogromny utarg na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pan Ahmet ze Złotoryi w ostatnią niedzielę dał nam piękną lekcję człowieczeństwa i pokazał, że w życiu należy kierować się dobrem, a nie zawiścią.

Ponad dwa lata temu Ahmet Gerik założył w Złotoryi swój bar z popularnym w naszym kraju jedzeniem. Znienawidzonym, choć często z chęcią zajadanym przez nacjonalistyczną część naszego społeczeństwa. Inicjatywa przedsiębiorczego Turka nie spodobała się przedstawicielom ''jedynej słusznej rasy'', którzy postanowili nieco go nastraszyć. Powybijane szyby jednak nie zniechęciły Ahmeta, a cywilizowani mieszkańcy Złotoryi pomogli mu w naprawieniu skutków zwierzęcego zachowania. To wydarzenie zbliżyło Turka do społeczności, która okazała mu dobre serce i stał się jej częścią.

W ostatnią niedzielę postanowił wywiesić ogłoszenie, informujące o tym, że cały utarg z tego dnia zostanie przekazany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Inicjatywa ta bardzo spodobała się współmieszkańcom, którzy szturmem ruszyli do Sultan Kebab. Wszystkie pieniądze były wrzucane do specjalnych puszek a na sam koniec pracy Gerik udał się z nimi do lokalnego sztabu, by przekazać wszystkie pieniądze na rzecz potrzebującym. Na miejscu okazało się, że w jeden dzień udało mu się uzbierać aż 2531, 21 zł. Jest to imponująca kwota, a sama inicjatywa chwyta za serce.

Pan Ahmet jest świetnym przykładem człowieka, który schował żale głęboko do kieszeni, a wyciągnął z niej duży pokład miłosierdzia. Mimo, że został skrzywdzony przez rasistów, to nie dał się zastraszyć i postanowił zło dobrem zwyciężyć. Mam nadzieję, że nacjonaliści dowiadujący się o jego geście, zaczerwienili się niczym serduszko WOŚP, albo chociaż przyhamowali trochę swoją nienawiść wobec ''innych''. Coraz częściej dochodzą do nas z każdej części kraju, nowe informacje dotyczące napaści na tle rasowym. Coraz więcej słyszymy o pobiciach, wyzwiskach czy innych znieważaniach osób o innej narodowości. Zjawisko to jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa, gdyż nienawiść burzy mosty zamiast murów, które mentalnie oddzielają nas od innych ludzi. Mam nadzieję, że takie gesty miłosierdzia z obu stron chociaż trochę zmienią obecną sytuację. Ludzie o innym kolorze skóry, orientacji czy wyznaniu nie mogą żyć u nas w strachu. Nie mogą siedzieć w cieniu, gdyż boją się, że zostanie im wymierzony cios ''białą pięścią''. Te osoby chcą się realizować w naszym kraju i tym samym pozytywnie wpływać choćby na gospodarkę. Pan Ahmet uczciwie pracuje, płaci podatki i prowadzi w pełni zalegalizowaną działalność gospodarczą. Co robią natomiast jego oprawcy? Śmiem twierdzić, że duża ich część ''siedzi na garnuszku Państwa'' marnotrawiąc nasze podatki i działając na szkodę Ojczyzny, którą przecież tak bardzo kochają. Szkoda tylko, że miłość do niej pokazują wyłącznie na marszach nienawiści czy w aktach przemocy, a jedyną rzeczą, którą tolerują ''na czarno'' jest praca. Zatrzymajmy tę karuzelę nienawiści, przyćmijmy nacjonalistyczne hasła mową miłości. Nagłaśniajmy sprawy takie jak historia Pana Ahmeta, który od niedzieli może być na nas wzorem. Wzorem, który należy propagować i tym samym pokazywać, że człowieczeństwo nie ma narodowości, rasy czy wyznania. Wszyscy bądźmy ludźmi i traktujmy innych jak ludzi, bo inaczej nim się obejrzymy – skończymy w jednym wielkim folwarku zwierzęcym.