sobota, 9 grudnia 2017

Przemoc NIE MA płci!


Robiąc weekendowy przegląd internetu trafiłem na ciekawy incydent z marca tego roku, o którym szczerze mówiąc, wcześniej nie słyszałem. Jednakże tak bardzo mnie zbulwersował, że musiałem zareagować. ''Przemoc ma płeć. Ofiarami są kobiety i dzieci, a sprawcami mężczyźni'' – stwierdziła zastępczyni RPO w programie Renaty Kim. Te słowa są po prostu obrzydliwe.

Pani dr Sylwia Spurek od dwóch lat jest zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich ds. RÓWNEGO TRAKTOWANIA. Czy osoba na takim stanowisku ma jakiekolwiek prawo do tak krzywdzących i seksistowskich komentarzy? Nie. Musimy pamiętać, że seksizm nie jest przypisany wyłącznie do mężczyzn, ale określa każdą dyskryminację ze względu na płeć. Tej dyskryminacji dopuściła się jednak osoba, która teoretycznie powinna z nią walczyć. Widocznie dla dr Spurek równe traktowanie ogranicza się do wywyższania cierpienia kobiet, z równoczesną dyskryminacją mężczyzn. Czytając biogram Sylwii Spurek możemy przeczytać, że od niemal dwudziestu lat jest zaangażowana w działania na rzecz praw człowieka. Jednak teraz można śmiało stwierdzić, że prawa człowieka dla pani doktor ograniczają się do praw kobiet i feministycznych pobudek.

Statystyki dotyczące przemocy w rodzinie bliżej poznać możemy na stronie polskiej policji. Dane z zeszłego roku zgromadzone przez organy ścigania pokazują, że 66 930 kobiet złożyło formularz ''Niebieskiej karty''. Liczba ta jest zatrważająca, lecz w przeciwieństwie do zastępcy RPO – spójrzmy na rubrykę niżej. 10 636 mężczyzn padło ofiarą przemocy domowej w 2016 roku. Oczywiście jest to liczba dużo niższa, ale czy ponad dziesięć tysięcy mężczyzn musi być skrzywdzonych ponownie? Stwierdzenie, że przemoc ma płeć jest dodatkowym ciosem w każdego z nich. Każdy z nich przez jedno obrzydliwe zdanie został przechrzczony z ofiary na kata. Oczywiście ta liczba może być dużo większa niż stan faktyczny, gdyż są to tylko oficjalnie złożone wnioski. Wielu mężczyzn może w milczeniu przechodzić swoją gehennę, gdyż nie ma odwagi przyznać się do tego, że stało się ofiarami. Słowa Sylwii Spurek mogą ich tylko pogrążyć w cierpieniu i dać dodatkową świadomość, że nie ma dla nich pomocy.

Jeszcze ''ciekawsze'' są wyniki badania CBOS sprzed pięciu lat. 11% kobiet i 10% mężczyzn przyznało się, że doświadczyło przemocy fizycznej ze strony swojego partnera. Jeden punkt procentowy to różnica mieszcząca się w granicach błędu statystycznego i na pewno wyklucza stwierdzenie, że przemoc ma płeć. Dodatkowo 12% kobiet i 10% mężczyzn przyznało się, że podczas kłótni uderzyło swojego partnera. Kobieta może się unieść podczas sprzeczki? Musimy pamiętać, że przemoc nie ogranicza się wyłącznie do aktów cielesnych, lecz często bardziej destrukcyjna jest przemoc psychiczna. Badania psychologów potwierdzają, że to właśnie kobiety częściej po nią sięgają. Aż 20% badanych mężczyzn przyznało się, że doświadczyło przemocy psychicznej, a kobiet 16%. Czy więc możemy stwierdzić, że przemoc psychiczna jest kobietą? Nie, ale na pewno nie jest też mężczyzną.

Zapamiętajmy raz na zawsze, że przemocy nie możemy łączyć wyłącznie z jedną płcią. Tak samo jak przez wiele lat alkoholizm był jednym z atrybutów mężczyzn, a badania naukowe coraz częściej podkreślają, że to kobiety są bardziej podatne na to uzależnienie. Raz na zawsze wyrzućmy z głowy stereotyp mężczyzny, który po drodze z pracy zahacza o bar i wracając do domu urządzą swojej rodzinie gehennę. Coraz częściej to właśnie mężczyzna jest ofiarą swojej ukochanej. Wiele mężczyzn cierpi w ciszy, bojąc się przyznać do własnej słabości. Powinniśmy ich wspierać, a okazało się, że osoba przeznaczona do pomocy im, szmaci płeć męską publicznie. To zdarzenie niedopuszczalne, które nie ma prawa wydarzyć się ponownie. Zapamiętajmy raz na zawsze, że przemoc jest gender i taką na zawsze pozostanie.

wtorek, 7 listopada 2017

W listopadzie powinny płonąć jedynie znicze


Jeszcze niedawno najmodniejsze w kraju nad Wisłą były spinnery czy pluszaki z Biedronki. Obecnie w Polsce rodzi się jednak nowa moda, która polega na manifestach samopodpalenia. Brzmi to niczym jakiś powiew romantycznego werteryzmu, jednak w praktyce jest to jedynie kolejne ekstremum maksimum głupoty oraz pokazanie jak poważny jest problem zdrowia psychicznego.

Wszystko zaczęło się od pewnego ''polskiego chemika'', który 19 października postanowił w akcie desperacji podpalić się na Placu Defilad w Warszawie. Oczywiście zdarzeniu temu towarzyszyła podniosła atmosfera przepełniona miłością do Ojczyzny, a sam nieboszczyk tuż przed swoim ''heroicznym czynem'' wygłosił antyrządowe hasła, włączył jedną z piosenek o wolności oraz rozrzucił kopie napisanego przez siebie manifestu. Brzmi jak akt z romantycznego dramatu, lecz skończyło się jedynie na akcie zgonu. Manifest polskiego chemika zawierał piętnaście punktów, w których widniały powody, dla których protestuje przeciwko partii rządzącej. Rozumiem, że działania rządzących mogły się panu chemikowi nie podobać, gdyż sam mógłbym napisać po dwóch latach rządów kilka takich manifestów. Jednakże forma protestu przez niego obrana jest krótką mówiąc - głupotą. Wiele rzeczy może nam się nie podobać w rządzących, lecz po co robić z siebie ofiarę całopalną? Są inne formy protestowania niezadowolenia w mniej inwazyjny sposób niż robienie z siebie żywej pochodni. Czy lekarze rezydenci mają po kolei zapalać się niczym zapałki? Czy zamiast światełek na choinkach mają wisieć nauczyciele, którzy stracili pracę przez reformę edukacji? Zdecydowanie nie.

Bodźcem, który popchnął mnie do napisania tego tekstu jest jednak dzisiejsze kolejne samopodpalenie pod sądem w Rzeszowie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Gdy coś dzieję się raz, to możemy przymknąć na to oko. Jednak gdy coś się powtarza, to możemy nazwać to już recydywą i z niepokojem obserwować kuriozalny trend. Jeszcze nie wiemy kim jest mężczyzna, który podpalił się w Rzeszowie oraz co go do tego popchnęło. Możemy spekulować, że również chodziło o zabarwienie polityczne, jednak równie dobrze mógł przegrać sprawę o alimenty. Tego jeszcze nie wiemy. Istotne jest natomiast to, że doszło do kolejnego aktu samopodpalenia. Chemik z Warszawy pokazał narodowi polskiemu, że można swoje problemy manifestować poprzez kuriozalne akty. Boję się, że może to posunąć innych ludzi ogarniętych stanami depresyjnymi do podobnych czynów. Tak stało się właśnie w Rzeszowie.

Obie sytuacje pokazują nam jak poważny jest obecnie problem zdrowia psychicznego. Ludzie coraz częściej popadają w stany depresyjne oraz posuwają się do ostatecznych kroków. W tej chwili jesteśmy świadkami tego, że do popularnych metod samobójstwa dołączyło również samopodpalenie. Musimy pamiętać, że o każdym swoim problemie należy rozmawiać. Jeśli rozmowa z bliskimi nie pomaga, to trzeba pamiętać o tym, że psychiatrzy to lekarze, a depresja to bardzo poważna choroba. Nie możemy doprowadzać do sytuacji, w których niezadowolenie społeczne będzie bodźcem do krwawych aktów. Oczywiście możemy manifestować swoje niezadowolenie w różnorakie sposoby. Nie podoba Ci się coś? Wykrzycz to! Jesteś niezadowolony z obecnej sytuacji politycznej? Idź na demonstrację! Chcesz by ta sytuacja się zmieniła? Idź na wybory, zamiast spluwać jadem w kierunku urny wyborczej! Chcesz manifestować ? Nie krzywdź przy okazji innych, ale również siebie! Chcesz zmienić świat? Musisz zacząć od siebie!

Listopad to miesiąc zadumy nad naszym życiem. Czas, w którym śmierć wydaje się szczególnie bliska i myślimy o niej więcej niż w innych miesiącach. Nie zapełniajmy swoimi problemami kolejnych kwater na cmentarzach. Wyrzućmy je z siebie, nim one zakopią nas dwa metry pod ziemią. Każda sytuacja ma rozwiązanie, a samobójstwo nie jest wyjściem. Nie ofiarujmy życia za swoje problemy, nie róbmy z siebie żywych pochodni. Żyjmy tak, by w listopadzie płonęły jedynie znicze.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Nam strzelać kazano, czyli deubekizacyjny absurd


Dwanaście zgonów – takie żniwo zebrała ustawa deubekizacyjna, która ma pozbawić wyższych emerytur byłych funkcjonariuszy służb PRL. Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP udokumentowała przypadki samobójstw, udarów i zawałów serca w odpowiedzi na decyzję MSWiA. Czy jednak karanie ludzi, którzy tylko wykonywali rozkazy ma sens?

''Oprawca z komunistycznych służb'' – taka łatka przyległa do każdego, kto miał choćby krótki epizod w służbach PRL. Nawet jeśli pracował w komórce, która nie wyrządzała żadnej krzywdy społeczeństwu, to jest wrzucany do jednego worka z m.in. zomowcami, którzy strzelali do stoczniowców. Co gorsze, znajdują się w jednym ''worku'' z ludźmi decyzyjnymi, którzy wydawali rozkazy. Jest to absurdalne, gdyż ci ludzie po prostu wykonywali swoją pracę, a za każdy sprzeciw sami ryzykowali życiem. Postawmy się w sytuacji oficera milicji, któremu wydano rozkaz strzelania do protestujących. Na początek wydaje się nam to bardzo proste i od razu odrzucamy wariant spełnienia rozkazu. Co jednak, gdy niewykonanie rozkazu równa się z wyrządzeniem krzywdy naszym najbliższym? Myślę, że nawet najszlachetniejsza jednostka pełna cnót i miłosierdzia wykonałaby każdy rozkaz.

Wyobraźmy sobie jeszcze, że przepracowaliśmy uczciwie wiele lat, nigdy nie wyrządziliśmy nikomu krzywdy i mamy czyste sumienie. Jest jednak pewien haczyk. Pracowaliśmy w czasach PRL. Czar pryska i mimo swej szlachetności stajemy się komunistyczną kanalią. Mimo, że nie udowodniono nam żadnej winy, oczyszczono nas z wszelkich zarzutów i kontynuowaliśmy służbę w wolnej Polsce. Żyjemy sobie spokojnie na emeryturze, która pozwala nam godnie odpocząć po ciężkiej pracy i często po urazach fizycznych oraz psychicznych. Nagle jednak ustawodawca postanawia wprowadzić ustawę deubekizacyjną, która wrzuci nas do jednego worka z prawdziwymi oprawcami. Co wtedy? Bilans – dwanaście zgonów i pewnie na tym się nie skończy.

Spójrzmy na obecną sytuację. Policja jest zobligowana do ochrony takich wydarzeń jak miesięcznice smoleńskie, kiedy to dochodzi do drobnych przepychanek z kontrmanifestantami. Czy to oznacza, że za kilka lat ci policjanci mają odpowiadać za to, że wykonywali rozkazy obecnej władzy? Nie. Jest to analogiczna sytuacja, choć mniej brutalna. Policjanci tak jak kiedyś milicja czy inne służby PRL tylko wykonują rozkazy osób decyzyjnych. To właśnie te osoby powinny być pociągane do odpowiedzialności za to, co zrobili ich podwładni. Jest to sprawa oczywista, lecz niektórzy jej nie rozumieją albo nie chcą zrozumieć.

Kilka tysięcy byłych funkcjonariuszy służb PRL stanęło w jednym szeregu z mordercami i oprawcami, tylko dlatego, że nosiło mundur w komunistycznych czasach. Według mnie władza powinna bardziej skrupulatnie egzekwować ustawę deubekizacyjną i dokładnie sprawdzić przeszłość i zasługi lub winy każdego z osobna. Jest to jedyny sposób, by sprawiedliwości stało się zadość. Jeśli emerytury zostaną zmniejszone wszystkim to będzie jedna wielka niesprawiedliwość i policzek dla tych, którzy godnie nosili mundury. Mam nadzieję, że ludzie, którzy z poświęceniem i czystym sumieniem wykonywali swoją służbę zostaną wyciągnięci z worka, w którym znajdują się oprawcy, a prawdziwi zbrodniarze zostaną trafnie wyselekcjonowani.

wtorek, 23 maja 2017

Ja pierdOpole



Nie przestaje kręcić się karuzela absurdu wokół Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, a raczej w szczerym polu, gdyż dziś nie wiemy nawet, gdzie festiwal się odbędzie. Zaczęło się od ''wykluczenia'' jednej z gwiazd, a skończyło się na bojkocie, farmazonach i zmianie najważniejszego polskiego festiwalu w polityczną szopkę. Wina leży oczywiście po obu stronach.

Wszystko zaczęło się od zablokowania występu Kayah w koncercie z okazji jubileuszu Maryli Rodowicz przez Telewizję Polską oraz usunięcie z festiwalu zespołu Dr Misio. Decyzja włodarzy TVP wywołała niemałe poruszenie w środowisku artystycznym, które zamieniło się w bojkot. Zaczęło się od Kasi Nosowskiej, która jako pierwsza poinformowała, że w tym roku w Opolu się nie pojawi. Później dołączyły do niej takie gwiazdy polskiej sceny muzycznej jak Michał Szpak, Andrzej Piaseczny czy Margaret. Również w geście protestu, z prowadzenia koncertów zrezygnowała Tatiana Okupnik oraz znany z komentowania Eurowizji Artur Orzech, a dołączył do nich reżyser spektakli Konrad Smuga. W pewnym momencie przeglądając Facebooka, miałem zasypaną całą tablicę rezygnacjami kolejnych gwiazd. Po co? Skończyło się na tym, że sfrustrowany prezydent Opola zerwał umowę z TVP i okazało się, że pierwszy raz od 1963 roku festiwal nie odbędzie się w tym mieście.

Oczywiście nie powinna mieć miejsca sytuacja, że telewizja publiczna blokuje występ jakiegokolwiek zaproszonego artysty. Jest to incydent niedopuszczalny w demokratycznym państwie, przejaw reżimu i cenzury. Czym zawiniła sobie Kayah? Tym, że występuje na marszach KOD-u? W takim razie może powinniśmy zdjąć z anteny serial Rodzinka.pl, gdyż przecież Tomasz Karolak angażował się w komitecie wyborczym Bronisława Komorowskiego? Paranoja. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, gdyż każdy artysta ma prawo do wolności słowa i własnych przekonań. Znaczy tak myślałem, bo widocznie w telewizji publicznej jest inaczej.

Wina leży także po stronie artystów. Rozumiem solidarność z Kayah i bojkot w ważnej sprawie, lecz nie kosztem najważniejszego festiwalu w naszym kraju. Mogła zrezygnować Kasia Nosowska, mógł zrezygnować ktoś jeszcze w geście protestu, ale niepotrzebnie nakręcono całą medialną szopkę. Zaczęli rezygnować wykonawcy, który nawet nie byli brani pod uwagę przy organizacji festiwalu... Oczywiście nie ma to jak wybić się z cienia podczas afery w ''szołbiznesie''. Niestety kosztem tego jest to, że pierwszy raz od 1983 roku festiwal nie odbędzie się w Opolu. Tak, to właśnie w czasie stanu wojennego festiwal się nie odbywał... Świadczy to oczywiście wiele o obecnej sytuacji i reżimowym podejściu telewizji zarządzanej przez Jacka Kurskiego. Jednak artyści nie powinni uprawiać polityki, lecz powinni stanąć ponad podziałami i pokazać, że muzyka ma większą wartość niż systemowe gierki. Wspaniałe show w Opolu byłoby lepszym ''pstryczkiem w nos'' dla TVP niż odpuszczenie i zniszczenie pięknej tradycji festiwalu w Amfiteatrze 1000-lecia.

czwartek, 18 maja 2017

Studenci wcale nie muszą się prostytuować


W ostatnim czasie Internet obiegają informacje o popularności utrzymywania się przez studentów poprzez prostytucję. Według Newsweeka nawet 20% studentów utrzymuje się w ten sposób. Coraz popularniejszy staje się portal sexstudent.pl, gdzie towarem jest ludzkie ciało. Co wywołało ten nagły trend? Naprawdę trudna sytuacja czy po prostu pójście na łatwiznę?

''Studentka szuka mecenasa''
Liczba ogłoszeń na portalu sexstudent.pl cały czas rośnie, a młodzi ludzie coraz chętniej wyceniają swoje ciało. Spójrzmy na przykładowe ogłoszenie studentki szukającej sponsora. ''Kompanka rozmów przy lampce wina, bystry umysł, ale również prosta, sympatyczna dziewczyna''. Zaczyna się niewinnie, a umysł na tyle bystry, by wycenić jeden dzień swoich usług na 800 zł. Spójrzmy dalej. ''Od wielu lat staram się być postrzeganą jako osoba z klasą i obyciem''. Co to za klasa i obycie jak jeden dzień łajdaczenia kosztuje 800 a miesiąc doznań 3000 złotych? ''Podróżuję, czytam, studiuję kierunek techniczny i nie boję się nowych wyznań. Chciałabym zawrzeć relację wyjątkową, abyśmy wyczekiwali każdego spotkania i cieszyli się swoim towarzystwem''. Tak reklamuje się 22-letnia studentka ze śląska, która swoje ciało wyceniła dość tanio. Jej koleżanki z portalu potrafią wycenić miesiąc swojego towarzystwa nawet na dziesięć tysięcy złotych. Oczywiście chętnych na młode i potrzebujące nie brakuje. Zerknijmy więc do kategorii sponsorów. Pewien 45-latek z wielkopolski oferuje 500 złotych za jednorazowe spotkanie i 1500 złotych za miesięczny układ. Dość ubogo jak na wymagania ''przedsiębiorczych studentek''. W jego opisie możemy wyczytać, że szuka ''wesołej beztroskiej inteligentnej bezpruderyjnej osóbki''. Zawiedzie go chyba fakt, że raczej inteligentnej tam nie znajdzie. Pocieszyć się może jednak prawdą, że tanich i chętnych na bezpruderyjność jest coraz więcej. Portal rozwija się w najlepsze, a medialny szum może zachęcać kolejnych studentów do sprzedaży samych siebie. Niestety.

Pójście na łatwiznę
Moją pierwszą myślą po tym, jak dowiedziałem się o całym procederze było: ''jak oni mogą iść na taką obrzydliwą łatwiznę?!''. Sam mam 21 lat i w październiku rozpocząłem przygodę na studiach. Nigdy jednak nie myślałem o tym, że w zdobywaniu dyplomu może mi towarzyszyć taki biznes. Od początku moim celem było osiągnięcie samodzielności finansowej, gdyż czułem taką wewnętrzną potrzebę. Udało się. Od rodziców biorę drobne kwoty, nie dostaję żadnych ''socjali'' (jestem kapitalistą) ani nawet nie zaciągnąłem kredytu studenckiego. ''Jak to możliwe?!'' - pomyślała Karyna wyceniająca właśnie swoje ciało na 500 złotych netto. PRACUJĘ, po prostu pracuję. Dzięki temu mam pieniądze na opłacenie mieszkania, prywatnej uczelni i żyję na dobrym poziomie. Nawet nie martwię się o to, że nie będę miał pieniędzy na wyjście do nieco droższej restauracji, seans w kinie czy prezent dla dziewczyny. Mogę sobie pozwalać na takie przyjemności bez wystawiania swojej seksualności na sprzedaż. Wystarczy się zaprzeć, wziąć sprawy w swoje ręce i pójść do pracy. Praca naprawdę czeka na studentów, wystarczy sprawdzić ogłoszenia. Czekaj. Studiujesz dziennie i jesteś tak bardzo zmęczony tymi wykładami?! To nie wymówka. Znów pozwolę użyć siebie jako przykładu. Studiuję dziennie, pracuję do pięciu dni w tygodniu, robię mnóstwo rzeczy pro-bono, spełniam się i zawsze mam wolny weekend. Da się?! Oczywiście, że się da. Wystarczy chcieć, dobrze zorganizować swoje życie i podjąć wyzwania dnia dzisiejszego. Nie warto rzucać rękawic na ziemię, wystawić białą flagę i czekać aż jakiś mecenas będzie miał ochotę na ''analną dewastację za 1000 złotych''. Nie warto w życiu iść na łatwiznę.

Szanujcie się
Jaką matką będzie kobieta, która kilka lat wcześniej za pieniądze stawała się seksualną zabawką? Jaką nauczycielką będzie kobieta, która dyplom zdobyła dzięki hojności napalonych sponsorów? Jakim mężem będzie mężczyzna, który na studiach nie miał skrupułów przed wypinaniem się przed bogatymi ''mecenasami''? Jakim człowiekiem będzie jednostka, która wystawiła siebie na sprzedaż? Szanujcie samych siebie, gdyż gdy sami siebie szanować nie będziecie, to i nikt inny Was nie uszanuje. Szanujcie się, gdyż ze szmaty już jedwabiu nie zrobicie.

poniedziałek, 13 marca 2017

Niebieski wieloryb



Ostatnimi czasy internet podbijają wiadomości o zbierającej śmiertelne żniwo grze w ''Niebieskiego wieloryba''. Rzekomo ponad setka dzieci w samej Rosji odebrała sobie już życie przez depresyjną ''grę''. Nawet jeśli jest to jedynie miejska legenda, to ukazuje ona bardzo poważny problem naszych czasów – depresję wśród dzieci i młodzieży.

Pięćdziesiąt zadań do wykonania przez pięćdziesiąt dni. Jeden cel – samobójcza śmierć. Zaczyna się od tego, że nieznana nam osoba, czyli nasz ''opiekun'', dzień w dzień wysyła nam zadanie do wykonania. W sieci krąży potencjalna lista zadań, która od pierwszego dnia przyprawia o dreszcze. Gra zaczyna się od wycięcia żyletką ''f50'' na ręce i wysłaniu zdjęcia do opiekuna. Dalej jest tylko gorzej. Pobudki o 4:20, by oglądać przerażające filmiki, czy słuchać depresyjnych melodii. Cięcie innych części swojego ciała. Pokonywanie lęku przed samobójstwem poprzez wycieczki na dachy czy mosty. Zamknięcie się w sobie i milczenie. Ostatecznie skok z wysokiego budynku i śmierć.

Brzmi absurdalnie, lecz można znaleźć w tych informacjach coś racjonalnego. Depresja wśród dzieci i młodzieży to zjawisko coraz bardziej powszechne. Niestety. Wystarczy trochę poszperać w wiadomościach z całego świata i można znaleźć coraz to nowe newsy o samobójstwach młodych osób. Niedawno przecież było głośno o dziewczynce, którą depresja doprowadziła do publicznego samobójstwa, transmitowanego za pośrednictwem Facebooka. Właśnie. Social media nie pomagają w rozwoju młodych osób, a wręcz im szkodzą. Coraz częściej portale społecznościowe stają się miejscem szykany wobec słabej jednostki. Hejt zatruwa sieć wszechobecną nienawiścią. Oczywiście portale dokładają wszelki starań, by blokować treści pełne nienawiści, lecz czasami jest już za późno.

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że umysł dojrzewającego człowieka jest bardzo skłonny do manipulacji. W takim razie racjonalna jest teoria o tym, że założyciel ''Niebieskiego wieloryba'' może celowo wprowadzać swoje potencjalne ofiary w stany depresyjne. Obecnie młodzież jest bardzo podatna na uwagi dotyczące siebie i wszechobecnym zjawiskiem jest brak akceptacji swojego ''ja''. Taki podłamany człowiek jest idealnym kąskiem dla dewianta specjalizującego się w manipulacji, prowadzącej nawet do śmierci ofiary. Poczucie odrzucenia przez świat może doprowadzić do tego, że ''opiekun'' będzie jedyną osobą, która zyska sobie zaufanie tego młodego człowieka. Wtedy taki człowiek staje się marionetką sterowaną przez mistrzowską manipulację. A to już milowy krok ku tragedii.


Co możemy zrobić, by zatrzymać efekt ''Niebieskiego wieloryba''? Rodzicu, spójrz na swoje dziecko. Bracie i siostro, spójrzcie na swoje rodzeństwo. Koleżanko i kolego, spójrzcie na swoich rówieśników. Może ten nielubiany kolega czy wyśmiewana koleżanka już są w płetwach niebieskiego wieloryba? Może potrzebują pomocy, choć nie potrafią o nią poprosić? Może tylko jeden krok desperacji dzieli ich od tragicznej śmierci? Porozmawiaj, wysłuchaj, pomóż. Nie hejtuj, nie wyśmiewaj, nie prześladuj. Tylko zrozumienie, dobroć i pomoc może zahamować niebezpieczne zjawisko, którym stał się niebieski wieloryb. Nawet jeśli sama gra jest tylko miejską legendą.

wtorek, 14 lutego 2017

Polacy lubią pluć jadem



Z góry powinienem przeprosić za uogólnienie w tytule, lecz niestety inaczej tego nazwać nie umiem. Chodzi oczywiście o wypadek samochodowy z udziałem pani premier – Beaty Szydło. Jednak nie chodzi o sam incydent, lecz jak tytuł wskazuje – reakcje rodaków.

Zacznę od tego, że oczywiście nie jestem zwolennikiem PiS-u, lecz przeciwnikiem tego, co partia rządząca robi z polskim demokratycznym państwem prawa. Jednakże jestem CZŁOWIEKIEM, który posiada wrażliwość na nieszczęście drugiego człowieka. Niestety duża część społeczeństwa jest jej pozbawiona, co pokazały reakcje na piątkowy wypadek. Nie chodzi tylko o reakcje typowych Kowalskich, którzy wylewają gorycz swoich życiowych niepowodzeń w internecie, lecz także o ''elity'' narodu polskiego. To smutne.

Zrozumieć można, że swoje rozgoryczenie może wyrazić zwykły szary obywatel, choć i tak uważam, że absolutnie nie można akceptować życzenia komuś śmierci. Jednak taki obrazek czy wpis można przewinąć z niesmakiem i po kilku ''lajkach'', komentarzach sąsiada spod czwórki czy dziewczyny z monopolowego, zniknie w eterze sieci. Inaczej jest z osobami publicznymi. Jeśli taka persona zamieści coś na Facebooku lub ''zaćwierka'' na Twitterze, to jej słowa trafiają na stronę główną portali internetowych oraz pierwsze strony gazet. Tak było również w tym przypadku.

Rzecz jasna wśród komentatorów piątkowego zajścia nie zabrakło redaktora Lisa, czy polityków opozycji. Jednakże były to komentarze stonowane, a niektóre nawet życzliwe. Leszek Miller wyraził współczucie i życzył szybkiego powrotu do zdrowia, a sam Ryszard Petru wyraził nadzieję, iż nic poważnego się pani premier nie stało. Da się? Oczywiście, że się da.

Niestety nie wszyscy politycy potrafią ''po ludzku'' podejść do nieszczęścia drugiego człowieka. Na ''piedestale'' tych drugich możemy postawić prezydenta miasta Słupska – Roberta Biedronia. Człowiek walczący o tolerancję, po wypadku zamieścił na swoim profilu społecznościowym karygodną grafikę jednej z anty-rządowych stron. Grafika ta przedstawiała rząd Beaty Szydło z napisem: ''Wszystkich samochodów nie rozbijemy, ale próbować warto''. Dodatkowo dodał od siebie podpis: ''Powodzenia''. Zdecydowanie poziom bezduszności na wysokości Pałacu Kultury i Nauki, natomiast poziom inteligencji na wysokości Żuław Wiślanych. Przykro, że człowiek trąbiący na prawo i lewo o tolerancji, lubuje się w pluciu jadem. No cóż.


Najbardziej agresywne komentarze oczywiście można spotkać na profilach związanych z Komitetem Obrony Demokracji, gdzie wiadra pomyj wylewają sfrustrowani przeciwnicy obecnej władzy. Nic w tym dziwnego, gdyż po wypadku prezydenta Dudy, również tam można było znaleźć niechlubne ''perełki''. Szkoda, że przez to sama organizacja odbiega od obrony demokracji, wykorzystując wolność słowa do słownego okrucieństwa. Niech wszystkim życzącym drugiemu złego do rozumu przemówią dwa znane porzekadła: ''Nie śmiej się dziadku z czyjego wypadku, dziadek się śmiał i to samo miał'' oraz ''Nie życz nikomu, co Tobie niemiłe''.

środa, 4 stycznia 2017

Nienawiść prowadzi do tragedii


Włączamy telewizję – Ełk, przeglądamy wiadomości w internecie – Ełk. Cała Polska od kilku dni żyje tym, co wydarzyło się w sylwestrową noc w tym mazurskim mieście. Codziennie ktoś umiera, codziennie ktoś kogoś zabija, ale jeśli stroną pokrzywdzoną jest ''ktoś nasz'', a oprawcą ''ktoś inny'' to budzi to od razu wielkie obruszenie. Oczywiste jest również to, że w takiej sytuacji nie patrzymy na to, jakie były okoliczności. Niestety.

Oczywiście nie zamierzam bronić oskarżonego, gdyż odebranie komuś życia jest prawnie i moralnie zabronione oraz nieakceptowalne – od tego należy zacząć mój tekst. Próbuję natomiast postawić się w sytuacji tego człowieka, gdyż w tej sprawie okoliczności mają naprawdę ogromne znaczenie. W takim razie wyobraźmy sobie, że uciekamy ze swojej Ojczyzny, gdyż zmusza nas do tego niespokojna sytuacja i zagrożenie życia. Lądujemy w spokojnym kraju Europy środkowej, gdzie panuje pokój i w końcu możemy żyć spokojnie. Zabieramy się za ciężką pracę zamiast wyciągać rękę po różnego typu zasiłki. Uczciwie pracujemy, płacimy podatki na rzecz państwa oraz dostarczamy ludziom szybkie i smaczne posiłki. Mimo to oni wciąż nas zaczepiają i nazywają ''ciapatymi''. Nawet w autobusie czy na spacerze w parku patrzą się na nas jakby wyczekując, kiedy wyciągniemy AK 44 lub detonator. Jak byśmy się czuli w takiej sytuacji? Domniemam, że źle. Na domiar złego w sylwestrową noc, gdy pracujemy zamiast się bawić, przychodzą ''lokalni bohaterowie'' i robią tzw. ''trzodę''. Ubliżają, wrzucają petardy i na zwieńczenie swego żałosnego teatrzyku, jeden z nich przywłaszcza mienie naszego lokalu. Jak reagujemy? Każdy ma granice. My też.

Można mówić o tym, że to tylko dwie butelki napoju, czyli nic wielkiego. Jednak gdyby każdy wchodził sobie do lokalu i bezkarnie zabierał choćby butelkę, to właściciele musieliby serwować klientom do picia wyłącznie olej z frytkownicy. Ewentualnie wodę z kranu, choć sprytny potrafiłby ukraść i ją. Napoje te nie znalazły się przecież w lokalu znikąd, a właściciel musiał na nie zapracować. Jednak dla świętujących sylwestra ''patriotów'' ważniejszy od tego był odcień skóry oraz pochodzenie pracowników. Jeden z klientów, który feralnego wieczora był w ''Prince Kebab'' opisał na swoim profilu społecznościowym zachowanie klientów wobec sympatycznej obsługi, na kilka godzin przed tragedią. Teksty ''Dawaj k**wo to jedzenie, tylko nie pluj, bo ci tym mordę wysmaruję'' lub ''Ciapaku na kolana i pana'' zdecydowanie nie działają dobrze na atmosferę pracy oraz samopoczucie słuchającego. Prawdopodobnie to wszystko skumulowało się, gdy agresywni biesiadnicy prócz ataków słownych naruszyli mienie lokalu. Skończyło się to tragedią.

Rzeczą jasną jest to, że w żadnym wypadku nie można posuwać się do zabójstwa i oskarżony powinien zostać ukarany za swój niezgodny z prawem czyn. Jednak warto spojrzeć na całą sprawę z innego punktu widzenia i wyciągnąć z tej sytuacji wnioski. Sylwestrowa noc w Ełku zobrazowała nam, jak poważny mamy problem z ksenofobią i rasizmem. Obecnie trwa lament nad zamordowanym, którego niektórzy traktują wręcz jako bohatera narodowego, a tak naprawdę był zwykłym kryminalistą. Nie jest to moja subiektywna opinia, lecz fakt z jego akt, w których figurują groźby i rozboje. Prawdopodobnie dołączyłoby do nich przywłaszczenie mienia, lecz brawura Daniela R. doprowadziła do tego, że dziś wylądował dwa metry pod ziemią. Z własnej niewymuszonej winy. Niech jego przykład będzie lekcją dla tych, którzy patriotyzm wyznaczają pięściami i nienawiścią do ''innych''. Prawdziwi patrioci powinni zachowywać się tak, by przybyszom było w naszym kraju dobrze i by mieli jak najlepsze zdanie o jego mieszkańcach. Sytuacja ta pewnie niestety tylko pogłębi zły stosunek wobec ''innych'', ale mam nadzieję, że chociaż niektórych uświadomi, że nienawiść w każdej postaci prowadzi do tragedii.