środa, 2 stycznia 2019

Przemoc nie liczy sobie ciosów


Znalezione obrazy dla zapytania family violence

Nowy rok to często czas wchodzenia w życie ustawodawczych absurdów. Tym razem jednak przepisy (dzięki Bogu!) nie weszły w życie, ale w sylwestra pojawił się jej projekt. Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, który według zamierzeń ma zacząć obowiązywać od przyszłego roku. Wersja ta zatrważa mnie jako przyszłego prawnika, ale także jako zwykłego człowieka, który brzydzi się przemocą.

Jeden raz to nie przemoc?!
Nowelizacja definiuje osobę doznającą przemocy domowej, jako osobę ''której prawa lub dobra osobiste zostały naruszone przez POWTARZAJĄCE SIĘ umyślne działanie lub zaniechanie, w szczególności narażające tę osobę na niebezpieczeństwo utraty życia lub uszczerbek na zdrowiu dokonane przez osobę najbliższą albo inną osobę wspólnie z nią zamieszkującą i gospodarującą''. Gdy przeczytałem ten przepis to automatycznie nasunął mi się na usta zwrot, którego ze względu na kulturę nie przytoczę. Według najprostszej wykładni prawa, jeśli ktoś zostanie skatowany przez najbliższą osobę, to nie staje się ofiarą przemocy domowej. Kim więc się wtedy staje? Jednorazowym workiem treningowym? Obiektem wyładowania jednorazowej frustracji? Hmm. Może w związku z tym znowelizujmy Kodeks Karny i najbardziej znany artykuł 148 zapiszemy tak: '' Art 148 §1. Kto zabija człowieka POWTÓRNIE...''. Brzmi absurdalnie? Sens ten sam. Może na początku postępowania pytajmy złapanego gwałciciela: – ''Zgwałcił już Pan kogoś?''. – ''To mój pierwszy raz Panie antyperspirancie''.''W takim razie jest Pan wolny. Tylko proszę pamiętać, że jak złapiemy Pana jeszcze raz, to będzie słabo''. Wyobrażacie sobie taką sytuację? Ja też nie. Również nie wyobrażam sobie, że w Polsce prawo będzie przyzwalało na jakąkolwiek przemoc, nawet jednorazową.

To tak: hamburger, frytki i duża cola zapisałem. Może Niebieska Karta do tego?
Kolejna absurdalna zmiana dotyczy Niebieskiej Karty. Według nowelizacji zakładanie takiej karty byłoby możliwe wyłącznie za zgodą osoby pokrzywdzonej. Na domiar złego sprawca przemocy ma być o takim fakcie informowany. Wyobrażacie sobie piekło jakie zgotuje osobie zgłaszającej sprawca, po tym jak się dowie? Rząd chciał zwiększyć liczbę urodzeń, a tym zapisem mógłby zwiększyć liczbę zgonów. Kolejna scenka by wyobrazić sobie skalę głupoty. Sala szpitalna, na łóżku leży skatowana/y/o kobieta/mężczyzna/dziecko. – ''Dzień dobry. Dobrze, że rany się goją. Mamy pytanie. Zakładamy Niebieską Kartę czy woli Pan/Pani rozwiązać swoje problemy w cieple domowego ogniska?'' Niestety tak wygląda podejście osób pracujących nad projektem tej nowelizacji wobec poważnego problemu jakim jest bez wątpienia przemoc domowa. Rząd rozgłasza swoją prorodzinną politykę i jednocześnie stwarza idealne środowisko do rozwoju patologicznego społeczeństwa. Ofiara przemocy domowej powinna być przez państwo chroniona, a nie wystawiana na śmierć.

Przemoc nie ma płci
Zawsze gdy będę poruszał temat przemocy, to będę kładł nacisk na to, że przemoc nie ma płci. Często przemoc, a zwłaszcza ta domowa jest niesłusznie kojarzoną z mężczyzną. Zapamiętajmy raz na zawsze, że przemocy nie możemy łączyć wyłącznie z jedną płcią. Tak samo jak przez wiele lat alkoholizm był jednym z atrybutów mężczyzn, a badania naukowe coraz częściej podkreślają, że to kobiety są bardziej podatne na to uzależnienie. Raz na zawsze wyrzućmy z głowy stereotyp mężczyzny, który po drodze z pracy zahacza o bar i wracając do domu urządzą swojej rodzinie gehennę. Coraz częściej to właśnie mężczyzna jest ofiarą swojej ukochanej. Wiele mężczyzn cierpi w ciszy, bojąc się przyznać do własnej słabości. Nie wierzycie? Zajrzyjcie do policyjnych statystyk.

Rząd się wycofał, lecz niesmak pozostał
Dziś premier Mateusz Morawiecki wycofał projekt ustawy i tym samym wróci on do pomysłodawców. Mam nadzieję, że ludzie za niego odpowiedzialni dojdą do pewnych refleksji i wszystkie kuriozalne przepisy zostaną zmienione. Mimo wszystko całą sytuację można porównać do wdepnięcia w psią kupę. Rząd wdepnął w nią z animuszem i cofnął krok, ale kupa na podeszwie i tak została. Tak samo został niesmak po zapoznaniu się z projektem ustawy, który trafił do internetu, a z niego przecież nigdy nic nie znika.

Widzisz? Reaguj!
Ważna w tym aspekcie jest także nasza reakcja na zjawisko przemocy domowej. Jeśli widzisz widoczne znaki albo podejrzewasz, że występuje to reaguj! Naprawdę możesz uratować komuś życie. Często nawet spojrzenie takich osób woła o pomoc. Jesteś ofiarą przemocy domowej? Ratuj się! Partner Cię bije? Dziewczyno. Jesteś piękna i zasługujesz na kogoś, kto będzie Cię na rękach nosił! Nie możemy się godzić na przemoc, bo każde ''przymknięcie oka'' daje przyzwolenie na kolejne akty przemocy. Alkohol, stres w pracy, kryzys w związku czy inne wymówki nie mogą być usprawiedliwieniem dla przemocy. Od przemocy należy uciekać, z przemocą należy walczyć i przede wszystkim przemocy należy zapobiegać. Pamiętajmy, że przemoc to przemoc, bez znaczenia czy zdarzyła się pierwszy czy setny raz!

sobota, 8 września 2018

Próg, w którym można się zakochać


Praga – stolica naszych południowych sąsiadów i jedna z perełek wśród europejskich miast. Tak się złożyło, że swój wakacyjny urlop postanowiłem spędzić właśnie w mieście nad Wełtawą i okazało się, że to był najlepszy z możliwych wyborów. Mimo, że ten blog nie jest blogiem podróżniczym i nigdy wcześniej nie opisywałem swoich wyjazdów (prócz tygodnia w Stambule opisanego dla redakcji Media i Młodzież), to podzielę się z Wami przeżyciami oraz przedstawię praskie ''must see''.

Zacznijmy od tego, że był do dla mnie wyjazd wyjątkowy, gdyż pierwszy raz wyjechałem za granicę sam. Zawsze wyjeżdżałem albo na wymiany międzynarodowe albo z grupą przyjaciół, więc można powiedzieć, że był to dla mnie dziewiczy wyjazd, nieważne jak dziwnie to nie zabrzmi :). Czy było strasznie? Nie. Śmiem nawet stwierdzić, że jest to najlepsza forma podróżowania, a towarzystwa brakowało mi jedynie podczas posiłków. Dzięki tej samotności mogłem sam wyznaczyć sobie twarde zasady, które pozwoliły mi na zobaczenie wszystkiego, co zaplanowałem (pierwszy raz się to udało!). Budzik dzwonił o siódmej, później półgodzinny prysznic z poranną toaletą, godzina spędzona na śniadaniu i popijaniu kawki w hotelowej jadalni i w miasto! Nikt nie namawiał do dłuższego wylegiwania w łóżku. Nikt nie narzekał, że jest głodny. Nikt nie był zmęczony (a ostatniego dnia przeszedłem około dwudziestu kilometrów pieszo – dla mnie raj!). Dzięki tej dyscyplinie mogłem zobaczyć wszystkie punkty absolutnego ''must see'', które dla Was przygotowałem.

1. Wzgórze Wyszehrad

Zacznę od wzgórza, na którym według legend zaczęła się historia Czech. To właśnie tam w zamku mieszkała wnuczka legendarnego Czecha (tak, tego do Lecha i Rusa), czyli Libusza. Pewnej nocy miała sen, w którym dostała wskazówkę, iż należy znaleźć w pobliskich lasach człowieka, który ciosa próg do swojego domu i w tym miejscu wznieść nowe miasto. Tak właśnie powstała Praga, która z w języku czeskim oznacza po prostu ''próg'' (stąd próg w tytule artykułu). Tyle z historii. Obecnie po zamku nie ma śladu, ale są za to piękne fortyfikacje, gdyż w kolejnych stuleciach wzgórze stało się twierdzą obronną oraz klimatyczny miejski park. Spacer po fortyfikacjach to świetna forma aktywnego wypoczynku, gdyż można przemierzyć duże odległości napawając się pięknymi widokami. Dodatkowo obserwując miasto z tej perspektywy, można poczuć się jak słowiańscy wojowie, którzy zamieszkiwali ten teren w XI wieku i z tej perspektywy patrzyli na krainę po drugiej stronie Wełtawy. Na wzgórzu możemy również zobaczyć piękny kościół oraz cmentarz, na którym spoczywają najwybitniejsi Czesi.

Kościół św. Piotra i Pawła


Fragment fortyfikacji i widok na miasto

Jeden z grobowców na cmentarzu sławnych Czechów

2. Hradczany

Przyznam, że nie mogłem doczekać się zwiedzenia królewskiej dzielnicy. Na początku mojej zamkowej wyprawy myślałem, że zabłądziłem, gdyż wysiadłem na stacji metra – Hradcanska, a tam ulica przypominająca raczej obwodnicę Trójmiasta niż część kompleksu zamkowego. Jednak po kilometrze spaceru, w końcu zza budynku Ministerstwa Obrony Narodowej wyłoniła się katedra Świętego Wita. Najpierw na każdego zwiedzającego czeka kontrola przeprowadzana przez sympatycznego żołnierza. Skąd wiem, że sympatycznego? Zabierając swoją torbę ze stolika, zahaczyłem i niemal wywróciłem na niego żelazny stół, a ten zareagował jedynie życzliwym śmiechem :-). Po wejściu od strony metra Hradcanska zwiedzanie zaczyna się od pięknych ogrodów, które czarowały swoim wyglądem mimo końcówki lata. Później przez bramę można wejść na dziedziniec największego zamku na świecie. Przy bramie spotykamy wartujących żołnierzy, którzy wymieniają się co godzinę. Ja miałem to szczęście, że byłem na zamku w okolicach południa, więc o 12 widziałem najbardziej uroczystą zmianę warty. Sam dziedziniec przypominał mi bardzo krakowski Wawel, a duże wrażenie zrobiła budowana przez sześć stuleci katedra Św. Wita. Po drugiej stronie zamku na zwiedzających czekają kolejne ogrody oraz zapierająca dech w piersiach panorama Pragi. Na Hradczanach możemy zobaczyć też m.in. Belweder królowej Anny, Pałac Schwarzenbergów czy Złotą Uliczkę, na której według legend alchemicy wytwarzali złoto.

Warta honorowa przed bramą do zamku

Katedra św. Wita

3. Rynek staromiejski

Rynek to najbardziej reprezentacyjny plac miasta. Na samym środku znajduje się pomnik bohatera narodowego – Jana Husa, który spłonął na stosie śpiewając ''Kyrie elejson'' za to, że był prekursorem protestantyzmu. Czeski bohater patrzy dumnie w stronę klimatycznego ratusza, na którym znajduje się słynny zegar astronomiczny ''Orloj'', który działa od XV wieku, co czyni go najdłużej działającym zegarem astronomicznym. Niestety trafiłem na okres prac konserwatorskich, więc jedną z głównych atrakcji starego miasta mogłem oglądać jedynie przez prześwitujący materiał. Na starym mieście znajduje się także najstarszy w tej części Europy uniwersytet, czyli Carolinum, pod którym tekturowa wersja Karola IV zachęca do zrobienia sobie z nim zdjęcia (z czego oczywiście chętnie skorzystałem). Największe wrażenie w tej części miasta zrobiły na mnie jednak wąskie i kręte uliczki, po których spacerowałem i błądziłem, napawając się ich wyjątkowym klimatem.

Jan Hus patrzący na miasto, które skazało go na śmierć na stosie

Zasłonięty zegar astronomiczny

Ratusz staromiejski

4. Most Karola

Zdecydowanie najsławniejsza i najbardziej pocztówkowa atrakcja Pragi. Most ma ponad pół kilometra długości i prawie dziesięć metrów szerokości, co sprawia, że jest to najstarszy zachowany most kamienny o tej rozpiętości przęseł. Spacerując po moście jesteśmy obserwowani przez trzydzieści figur świętych, a jednym z nich jest Św. Jan Nepomucen, który w tym miejscu został na rozkaz króla wrzucony do rzeki. Most uważany jest także za jedno z najbardziej romantycznych miejsc Europy i muszę przyznać, że randka ze samym sobą była na nim jak najbardziej udana ;-). Najlepszą porą na spacer po moście Karola jest zdecydowanie zachód słońca i zmrok, gdyż wtedy miasto wygląda najlepiej, a obserwujące figury świętych nadają przechadzce wyjątkowy klimat. Oczywiście polecane jest zwiedzanie mostu wczesnym rankiem lub późną nocą, gdyż nie jest wtedy oblegany przez rzeszę turystów, jednak muszę przyznać, że na początku września nawet w godzinach szczytu było dość spokojnie. Jedyną ''stłuczkę'' miałem z małym Azjatą, który ze swoim równie małym aparacikiem biegał od świętego do świętego i robił zdjęcia nie zwracając uwagi na otaczający go świat.

Widok z mostu na Hradczany

Krucyfiks w środkowej części mostu

Niezatłoczony most - rzadki widok

5. Vaclavak

Plac Wacława jest główną arterią praską, która tętni życiem i w dzień i w nocy. To właśnie w tym miejscu w 1989 roku rozpoczęła się aksamitna rewolucja, która doprowadziła do obalenia systemu demokracji ludowej oraz uwolniła Czechosłowację od komunizmu. Obecna nazwa placu pochodzi od znajdującego się na nim pomnika świętego Wacława, który z konia obserwuje tętniącą życiem okolice. Za pomnikiem rozciąga się imponujący gmach Muzeum Narodowego, które mieści obecnie ponad 14 milionów pozycji z zakresu historii naturalnej czy sztuki. Vaclavak jest znany nie tylko jako miejsce ważnych przemian, ale także jako dzielnica czerwonych latarni, gdyż liczba miejsc świadczenia usług erotycznych jest ponadprzeciętna. W związku z tym na placu Wacława można nacieszyć i duszę i ciało ;-).

Święty Wacław patrzący na plac

Vaclavak

6. Mala Strana

Zdecydowanie moja ulubiona część Pragi, gdyż ta urokliwa dzielnica pełna jest przepięknych domów, pałaców i kościołów prezentujących różnorakie style architektoniczne, ale przede wszystkim urzekły mnie oczywiście malownicze uliczki, często biegnące stromo pod górę. Nie będę się więcej rozpisywał o jej pięknie, gdyż lepiej oddadzą je poniższe zdjęcia.

Widok na dzielnicę z zamkowych ogrodów

Ambasada Polski

Jedna z klimatycznych uliczek

Potężny kościół św. Mikołaja


7. Ściana Lennona

Wśród urokliwych uliczek Malej Strany znajduję się wyjątkowa ściana, na której młodzi Czesi pisali skargi na komunistyczne władze. Inspirowali się oni osobą Johna Lennona i twórczością The Beatles. Oczywiście komunistyczne władze robiły wszystko, by ugasić zapał młodych ludzi, co doprowadziło nawet do starć w okolicach Mostu Karola. Wielokrotnie ściana była zamalowywana farbą, ale za każdym razem niemal natychmiast pokrywała się kwiatami, tekstami Beatlesów czy poezją . Dziś ściana jest symbolem miłości i pokoju oraz miejscem wyjątkowym, w którym można zatrzymać się i pomyśleć o tym, jak bardzo ważnymi i ponadczasowymi wartościami są właśnie miłość i pokój. Było to jedno z miejsc w Pradze, które doprowadziło mnie do wewnętrznego wzruszenia i głębszej kontemplacji.

Ściana pokryta jest kilkoma warstwami pokojowego graffiti

Muzyk wykonujący utwory The Beatles

Portret Johna Lennona umieszczony na ścianie

8. Josefov

Josefov to żydowska dzielnica Pragi, która była gettem podczas II Wojny Światowej. Jest to mały kwartał, na którym przetrwało wiele pięknych zabytków i śladów kultury żydowskiej. Wszystko to dzięki … Adolfowi Hitlerowi, który wymyślił sobie, że ta dzielnica będzie muzeum wymarłej rasy. Na terenie dzielnicy znajduje się sześć ciekawych i różniących się od siebie synagog, a najbardziej urzekła mnie Synagoga Maisela, która reprezentuje styl pseudogotycki. ''Atrakcją'' turystyczną tej części miasta jest także najstarszy w Europie kirkut, czyli cmentarz żydowski, na którym najstarszy nagrobek pochodzi z 1439 roku, a liczba pochowanych to około 80 tysięcy (robi wrażenie, zwłaszcza, że to mały obszar, ale za to składa się z aż 12 warstw cmentarnych).

Sala Obrzędowa - tu przygotowywano zmarłych do pochówku

Synagoga Maisela

9. Praskie Jezulatko

Mimo, że w Pradze jest wiele pięknych budowli sakralnych, to jeden z kościołów jest wyjątkowy. Mowa o kościele Najświętszej Maryi Panny Zwycięskiej, który znajduje się wśród klimatycznych uliczek Malej Strany. Nie chodzi o samą budowlę, lecz o ukryty we wnętrzu świątyni, otoczony od wieków powszechnym kultem skarb – figurkę Praskiego Dzieciątka Jezus. Woskowa figurka przedstawia około trzyletnie dziecko, ubrane w białą koszulkę, spod której widać bose stópki. Dzieciątko jest wymodelowane z ogromną starannością i naprawdę potrafi wzbudzić zachwyt. W jednej rączce trzyma jabłko królewskie, a drugą błogosławi odwiedzających. Jest to miejsce kultu chrześcijan, które z pewnością spodoba się także wyznawcom innych religii czy ateistom, ze względu na bogatą barokową oprawę.

Barokowa oprawa kościoła

Praskie Dzieciątko Jezus

10. Wzgórze Petrin

Na mierzące 327 metrów wzgórze można dostać się na dwa sposoby. Pierwszy z nich to kolejka linowa, która znajduje się w pobliżu mostu Legii i dowozi turystów na sam szczyt. Drugi sposób to ponad pięciokilometrowy spacer krętymi alejkami rozpoczynający się na Moście Karola. Oczywiście wybrałem drugą opcję i ochoczo przemierzyłem cały dystans wręcz wspinając się po stromych alejkach (nogi bolały aż miło!). Jednak widok, który czeka na strudzonego wędrowca na górze, z pewnością rekompensuje cały wysiłek. Po wejściu po 209 schodach wieży, która jest pięć razy mniejszą kopią wieży Eiffela, czekał na mnie widok zapierający dech w piersiach. Trafiłem na piękną pogodę, więc nie tylko widziałem całą Pragę, ale także według tego co mówili ludzie – całe Czechy. Niektórzy dostrzegali Hradec Kralove, Pilzno czy polskie góry. Ja osobiście owszem, widziałem w oddali góry, ale co do Hradec Kralove i Pilzna – zaufałem miejscowym.

Widok na stare miasto

W oddali widać inne czeskie miasta

BONUS – dzielnica Holesovice z Pałacem Przemysłowym i parkiem Stromovka

Do zestawienia pozwolę sobie dołożyć pewien bonus, który zobaczyłem, dzięki temu, że mieszkałem w hotelu w dzielnicy Holesovice. Sama dzielnica jest bardzo ładna, gdyż zabudowana jest głównie klimatycznymi kamienicami. Wśród nich wyróżnia się secesyjna perełka, czyli Pałac Przemysłowy, który znany jest głównie z tego, że odbywały się w nim zjazdy komunistycznej partii Czechosłowacji. Jedna z ogromnych hal jest otwarta do ogólnego użytku mieszkańców i akurat jak tam byłem to odbywało się jakieś spotkanie. Pozostała część pałacu jest remontowana i niedostępna dla odwiedzających. Jednak korzystając z okazji, że zapadał zmrok, a robotnicy mieli akurat przerwę – ''prześliznąłem się'' do strefy ''staff only'' i zajrzałem do każdego pomieszczenia, wyobrażając sobie jak spędzali tam czas komunistyczni włodarze. Tuż obok pałacu znajduje się park Stromovka, który jest największym obszarem zielonym w stoli Czech. Jeśli ktoś wypoczywający w Pradze chce się zresetować, odpocząć od miejskiego zgiełku i pospacerować niezliczoną ilością ścieżek, wśród fontann i stawów – gorąco polecam. Dodatkowo Holesovice słyną z ogromnej ilości klimatycznych restauracji oraz knajp, w których wieczorem mogłem zrelaksować się z kuflem pysznego czeskiego piwa i zjeść treściwy posiłek. Czeska kuchnia przypadła mi do gustu, gdyż jest podobna do kuchni niemieckiej. Moje serce skradł gulasz piwny podawany z kulkami z ciasta oraz stary bohemiański gulasz podawany w chlebie.

Klimatyczne skrzyżowanie w dzielnicy Holesovice

Park Stromovka

Pałac Przemysłowy

Reasumując polecam Wam gorąco wyjazd do Pragi, gdyż jest blisko, tanio i pięknie. W stolicy Czech czeka na nas wiele zabytków i wyjątkowych miejsc, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to idealne miejsce do aktywnego wypoczynku, licznych spacerów i zachwytów pięknem architektury. Praga to prawdziwa perełka historyczna, kulturalna i architektoniczna.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dumni po zwycięstwie, niesprawiedliwi po porażce!




W ogóle nie dziwi mnie to, że nasz sędzia – Szymon Marciniak, coraz odważniej pnie się na sędziowski szczyt. Dlaczego? Przecież pochodzi z kraju, w którym każdy jest ekspertem od oceniania i na każdym kroku ma okazję spotkać się z mistrzami w swoim fachu. Najlepszym przykładem ''polskiej szkoły oceniania'' jest rozliczanie reprezentacji narodowych na dużych turniejach. Gdy reprezentacje odnoszą sukcesy, to Polacy wnoszą się ze swoim patriotyzmem pod niebiosa i duma wypełnia nasz kraj od Podhala po Bałtyk. Natomiast jeśli przychodzi porażka, to zamiast wsparcia ''kibice'' serwują gorzką pigułkę i mimochodem chowają Orzełka w kieszeni.


Na sam początek pragnę dodać, że mój felieton nie uogólnia całego narodu oraz nie jest w żaden sposób związany ze stereotypami. Jeśli jesteś wierny i dumny z reprezentacji po każdym meczu, ten tekst na pewno Ci się spodoba. Jeśli jednak plujesz na piłkarzy po wczorajszej porażce, to wiedz, że jesteś jego adresatem.


Pociągowa loża szyderców
Niedziela 24.06.2018 r., godzina 19:37. Wsiadam w Warszawie Centralnej do pociągu TLK relacji Przemyśl-Gdynia Główna. Zajmuje swoje miejsce w przedziale, a moimi towarzyszami okazuje się grupa starszych, wesołych ludzi wracających z Krakowa. Fajnie. Nie spodziewałem się jednak, że po ponad trzech godzinach będę opuszczał pociąg w gdańskim Wrzeszczu sfrustrowany. Mój plan na drogę był prosty – dobry kryminał i tekstowa relacja z meczu na jednym z portali. Jednak o czytaniu nie było w ogóle mowy, gdyż moi współpasażerowie postanowili wytwarzać hałas przypominający startujący samolot. Na domiar złego okazało się, że wesoła grupa liczy sobie kilka przedziałów i całą podróż spędzili na chodzeniu między nimi, piciu wina i na wytwarzaniu dzikiego śmiechu. Kiedy okazało się, że starszy pan zabawiający słabymi żartami swoje koleżanki, będzie oglądał mecz na telefonie, ucieszyłem się. Jednak były to miłe złego początki. Oczywiście od pierwszej minuty meczu zaczął się alternatywny komentarz moich biesiadników, który polegał na wytykaniu Polakom nawet krzywych kroków stawianych na murawie w Kazaniu. Wynik meczu jest wszystkim znany, więc przejdę od razu do meritum tej historyjki, czyli zachowaniu po tym, jak Kolumbia wyszła na prowadzenie 3:0. Wtedy w każdym ze współpasażerów włączył się specjalista komentator-analityk-malarz-akrobata. Analizy wyciągnięte z kapelusza, ogrom krytyki w stronę Orłów Nawałki, żarty rodem z podstawówki i chore teorie – to wszystko z minuty na minutę podnosiło mi ciśnienie. Postanowiłem nawet włączyć muzykę w słuchawkach, ale ich małpie odgłosy godowe zakłócały nawet mocne, alternatywne brzmienie. Prawdziwy dramat zaczął się, gdy trafili na internetowe memy i dzielili się nimi zresztą przedziału, wywołując śmiech skuteczniej niż Benny Hill. Widziałem w tych ludziach idealny przykład rodaków, którzy lubią zabierać głos w chwilach, gdy bezkarnie można sobie ponarzekać i zmieszać dobro narodowe z błotem. Byli oni również idealnym przykładem hipokryzji, gdyż swoim zachowaniem nie szanowali współpasażerów i zostawili po sobie ogromny syf (butelki po winie czy pudełka po margarynie), a boję się myśleć jakby ci sami ludzie zareagowali, gdyby tak jak oni zachowywał się ktoś z mojego pokolenia. To jednak temat na inny felieton.

Historia lubi się powtarzać
Futbol oglądam od równych dziesięciu lat, gdyż moim pierwszym turniejem było EURO 2008. Pamiętam nadzieję związaną z naszym debiutem na mistrzostwach starego kontynentu, duże oczekiwania i poznawanie tajników piłki nożnej w gazecie ''Bravo Sport''. Jednak balonik szybko pękł, a wypłynęło z niego gorzkie rozczarowanie i narodowy gniew na reprezentację oraz pewnego angielskiego sędziego. Podobnie było w trakcie eliminacji do mundialu w południowej Afryce. W 2012 roku doczekaliśmy się turnieju marzeń, który miał być ogromną szansą dla naszych piłkarzy. Jednak w najsłabszej grupie jaką można było sobie wymarzyć, nasza reprezentacja spisała się wyjątkowo źle i szybko pożegnała się z własną publicznością. Pamiętam, że po meczu z Czechami ogarnął mnie ogromny żal, który wylałem w mało profesjonalny sposób na swoim piłkarskim blogu. Tekst usunąłem następnego dnia z samego rana, gdyż było mi wstyd. Było mi wstyd, że zachowałem się tak niesprawiedliwie, jak większość rozczarowanych rodaków. Był to mój ostatni raz, gdy pisałem o sporcie targany emocjami. Nasza reprezentacja nie podniosła się po tej porażce i dwa lata później Mundial znów odbył się bez obecności biało-czerwonych. Wtedy rozpoczęła się nowa era w polskim futbolu – Era Nawałki, która niestety pewnie zakończy się w czwartek. Polska pokonała Niemcy, awansowała do europejskiego czempionatu i we Francji zagrała lepiej niż dobrze. To wszystko przełożyło się na to, że Adam Nawałka i jego piłkarze stali się narodowymi bohaterami, a my staliśmy się dumnym ze swojej reprezentacji narodem. Jeszcze bardziej dumni byliśmy na początku czerwca, gdyż przecież nasze Orły awansowały pierwszy raz od 2006 roku na najważniejszą imprezę z pierwszego miejsca i trafiły do pozornie łatwej grupy. Balonik został napompowany ponownie i tym razem jeszcze bardziej niż na wcześniejszych imprezach. Dlatego pękł z jeszcze większy hukiem, a historia znów się powtórzyła. Polacy (nie wszyscy, ale większość) znów pokazali, że są narodem, który gloryfikuje w momencie wygranej i wyciera podłogę w chwilach porażki. Niestety.

Stało się
Polacy przegrali dwa pierwsze mecze w dość słabym stylu i jako pierwsza europejska drużyna pożegnali się z tegorocznymi mistrzostwami globu – prawda. Jednak nie mamy powodów do wstydu, gdyż powinniśmy się cieszyć, że w ogóle na tym Mundialu zagraliśmy. Biało-czerwoni wygrali wymagającą grupę eliminacyjną i w dobrym stylu wrócili po dwunastu latach na piłkarskie salony. Turniej nam nie wyszedł, ale nie możemy zapominać o tym, ile pracy włożono w to, by w Rosji się pojawić. Ile minut ciężkiej gry, ile kropli polotu i ile wysiłku włożyli ci piłkarze, by teraz być bohaterami żałosnych żartów i przedmiotami analizy ekspertów spod sklepu. Zamiast tego, należy im się wsparcie, gdyż skoro my jesteśmy zawiedzeni, to należy sobie wyobrazić, co czuć muszą oni. Oczywiście zaraz ktoś rzuciłby argument, że przecież dostaną za to pieniądze i szczęśliwi wrócą do klubów. Nieprawda. Ich sportowy głód nie został zaspokojony, a ich sportowe ego otrzymało ogromny cios. Zrobili wszystko, by zadowolić swoich kibiców, a ci odwdzięczają się im rywalizacjami na najlepsze prześmiewcze obrazki o nich. Na miejscu piłkarzy w ogóle nie przeglądałbym portali społecznościowych w najbliższym czasie, a tym, którzy jednak trafią na negatywy pod swoim adresem, polecam fragment jednej z piosenek zespołu Coma – ''I po co czytasz komentarze sfrustrowanych miernot? Niech się durnie trują jadem, oszczędź sobie złego''. A Wam drodzy kibice, którzy wspieracie dobro narodowe jakim jest polska kadra bez względu na wynik – bardzo dziękuję. Natomiast tych, którzy teraz wylewają pomyje i kibicują jedynie w chwilach triumfu, zostawiam z pewną refleksją – czy naprawdę jesteście ciągle mistrzami świata w tym co robicie? 

niedziela, 3 czerwca 2018

Zostań na brzegu albo trafisz na drugi brzeg!


W maju woda zabrała ze sobą ponad sześćdziesiąt istnień. Oczywiście jednym z głównych powodów tego śmiertelnego żniwa jest alkohol, ale najpoważniejszym zagrożeniem jest po prostu brak wyobraźni. Mimo ciągłych informacji dotyczących kolejnych utonięć, ludzie pchają się do wody niczym komary do światła. Kończy się to niestety tragicznie.

Nasze ciała nie są nieśmiertelne
Wystarczy włączyć pierwszą lepszą stację informacyjną, a na pasku znajdziemy wzmiankę o kolejnym utonięciu. Wystarczy włączyć radio, by posłuchać o tym, jak morze ''zabrało'' kolejną duszę. Jednak mam wrażenie, że ludzie wpuszczają taką informację jednym uchem, a wypuszczają drugim, skupiając się na reklamie środka piorącego, zamiast na swoim życiu. Taka postawa jest związana z tym, że duża część społeczeństwa nie jest świadoma kruchości swojego życia. Wiążę się to z pewnym poczuciem nieśmiertelności naszego ciała, co oczywiście jest tylko pozorem. Jak to możemy sobie pozwolić na śmierć, skoro rachunki jeszcze nieopłacone, deadline projektu w pracy się zbliża i za dwa tygodnie mundial w Rosji? No właśnie możemy. W takim razie siedź na plaży bez wchodzenia do morza, skoro nie chcesz oglądać mistrzostw z sektora niebo. Leż i się opalaj, bo zawsze lepiej mieć piasek w majtkach niż pogrzeb za trzy dni.

Przełom maja i czerwca to nie pora na kąpiele
Boże Ciało – ostatni dzień maja, tłumy w Parku Reagana zwiastują oblężenie plaży Brzeźno. Dochodzę na molo, a tam setki osób pluskają się w wodzie. Grymas zniesmaczenia na mojej twarzy nie był wywołany tym, że jeszcze niedawno hektolitry ścieków wpływały kilka kilometrów dalej, ale tym, że ci ludzie znajdują się w wodzie, mimo iż na plaży nie ma choćby jednego ratownika. Dodatkowo duże grono fanów zyskało skakanie do wody z molo, a każdy skok był nagradzany żwawym aplauzem zgromadzonej publiczności. Wśród korzystających z uroków Bałtyku, mnóstwo dzieci, które z aprobatą rodziców pływają, skaczą do wody i wesoło szaleją. Generalnie igranie ze śmiercią pod płaszczykiem wszechobecnej sielanki dnia wolnego. Nikt nie pamięta o tym, że ratownicy na plażach pojawiają się dopiero w lipcu, ewentualnie w połowie czerwca. Duża część tych osób pamięta natomiast o piwku na odwagę, czy o tym, że barierki blokujące wejście na zamkniętą część molo da się przeskoczyć. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Mniej alkoholu i brawury
Co zrobić, by zatrzymać tę karuzelę śmierci? Po pierwsze - mniej alkoholu. Jeśli już nie wyobrażasz sobie dnia na plaży bez ''browarka'', to zostań na brzegu i pij do woli. Skoro po alkoholu mamy problemy z chodzeniem prosto, to wyobraź sobie, co będzie, gdy dodamy do tego falowanie i miękki piasek. Pamiętaj, że stare ludowe porzekadło mówi, że pijany człowiek potrafi się utopić choćby w łyżeczce wody. Czym jest łyżeczka wody przy morzu? Tym co godzina przy wieczności. Po drugie – mniej brawury. Nie jesteś superbohaterem, Twoje ciało jest śmiertelne. Nie ma nic imponującego w skoku z molo do wody. Uwierz, że wzbudzi to więcej jęków zażenowania niż zachwytu. Dopłyniesz dalej niż reszta plażowiczów? Nic szczególnego, rok temu nasz rodak przepłynął Bałtyk wpław. Będziesz imponował zdolnościami pływackimi po kilku piwach? Super, znajomi na stypie też wezmą kilka głębszych ku Twojej pamięci (i głupocie). Będziesz nowoczesnym, wyluzowanym rodzicem i wpuścisz dziecko do morza, mimo nieobecności ratowników? Nie płacz później przed kamerami, że Bałtyk zabrał Ci dziecko. Sam je oddałeś.

Więcej wyobraźni
Już wiemy, czego na plażach robić nie można. W takim razie, co należy robić, by okrutne statystyki malały? Przede wszystkim należy użyć więcej wyobraźni. Gdyby ludzie z niej korzystali, to byśmy mieli mniej utonięć, ale także mniej wypadków drogowych itp. Pomyśl o tym, co usłyszałeś w radiu czy zobaczyłeś w telewizji i wyobraź sobie, co może stać się, gdy wejdziesz do morza, mimo że ''przez słońce te kilka piwek Cię już porobiło''. Włos się zjeżył na karku? O to chodzi. Musimy wyobrażać sobie różne scenariusze naszego postępowania, a na pewno wiele głupich pomysłów zostanie pomyślnie zweryfikowanych przez nasz rozum. Pamiętaj też o innych. Twój skok z molo i niefortunny upadek może pozbawić kogoś matki, ojca, syna, córki, brata, siostry itp. Wszyscy mamy bliskie osoby, swoje życie, plany, marzenia i cele. Nie pozwólmy, by przez głupi impuls, nasze istnienie rozkładało się w wodach Bałtyku niczym ścieki z Motławy. Nie pozwólmy, by do wód Bałtyku dolały się łzy naszych bliskich. Lepiej utopić smutki w szklance wódki, niż swoje życie w Bałtyku.

piątek, 19 stycznia 2018

Jak Turek uczy Polaków człowieczeństwa



Dwa lata temu rasiści zniszczyli mu świeżo otwarty interes, a teraz on przekazał ogromny utarg na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Pan Ahmet ze Złotoryi w ostatnią niedzielę dał nam piękną lekcję człowieczeństwa i pokazał, że w życiu należy kierować się dobrem, a nie zawiścią.

Ponad dwa lata temu Ahmet Gerik założył w Złotoryi swój bar z popularnym w naszym kraju jedzeniem. Znienawidzonym, choć często z chęcią zajadanym przez nacjonalistyczną część naszego społeczeństwa. Inicjatywa przedsiębiorczego Turka nie spodobała się przedstawicielom ''jedynej słusznej rasy'', którzy postanowili nieco go nastraszyć. Powybijane szyby jednak nie zniechęciły Ahmeta, a cywilizowani mieszkańcy Złotoryi pomogli mu w naprawieniu skutków zwierzęcego zachowania. To wydarzenie zbliżyło Turka do społeczności, która okazała mu dobre serce i stał się jej częścią.

W ostatnią niedzielę postanowił wywiesić ogłoszenie, informujące o tym, że cały utarg z tego dnia zostanie przekazany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Inicjatywa ta bardzo spodobała się współmieszkańcom, którzy szturmem ruszyli do Sultan Kebab. Wszystkie pieniądze były wrzucane do specjalnych puszek a na sam koniec pracy Gerik udał się z nimi do lokalnego sztabu, by przekazać wszystkie pieniądze na rzecz potrzebującym. Na miejscu okazało się, że w jeden dzień udało mu się uzbierać aż 2531, 21 zł. Jest to imponująca kwota, a sama inicjatywa chwyta za serce.

Pan Ahmet jest świetnym przykładem człowieka, który schował żale głęboko do kieszeni, a wyciągnął z niej duży pokład miłosierdzia. Mimo, że został skrzywdzony przez rasistów, to nie dał się zastraszyć i postanowił zło dobrem zwyciężyć. Mam nadzieję, że nacjonaliści dowiadujący się o jego geście, zaczerwienili się niczym serduszko WOŚP, albo chociaż przyhamowali trochę swoją nienawiść wobec ''innych''. Coraz częściej dochodzą do nas z każdej części kraju, nowe informacje dotyczące napaści na tle rasowym. Coraz więcej słyszymy o pobiciach, wyzwiskach czy innych znieważaniach osób o innej narodowości. Zjawisko to jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa, gdyż nienawiść burzy mosty zamiast murów, które mentalnie oddzielają nas od innych ludzi. Mam nadzieję, że takie gesty miłosierdzia z obu stron chociaż trochę zmienią obecną sytuację. Ludzie o innym kolorze skóry, orientacji czy wyznaniu nie mogą żyć u nas w strachu. Nie mogą siedzieć w cieniu, gdyż boją się, że zostanie im wymierzony cios ''białą pięścią''. Te osoby chcą się realizować w naszym kraju i tym samym pozytywnie wpływać choćby na gospodarkę. Pan Ahmet uczciwie pracuje, płaci podatki i prowadzi w pełni zalegalizowaną działalność gospodarczą. Co robią natomiast jego oprawcy? Śmiem twierdzić, że duża ich część ''siedzi na garnuszku Państwa'' marnotrawiąc nasze podatki i działając na szkodę Ojczyzny, którą przecież tak bardzo kochają. Szkoda tylko, że miłość do niej pokazują wyłącznie na marszach nienawiści czy w aktach przemocy, a jedyną rzeczą, którą tolerują ''na czarno'' jest praca. Zatrzymajmy tę karuzelę nienawiści, przyćmijmy nacjonalistyczne hasła mową miłości. Nagłaśniajmy sprawy takie jak historia Pana Ahmeta, który od niedzieli może być na nas wzorem. Wzorem, który należy propagować i tym samym pokazywać, że człowieczeństwo nie ma narodowości, rasy czy wyznania. Wszyscy bądźmy ludźmi i traktujmy innych jak ludzi, bo inaczej nim się obejrzymy – skończymy w jednym wielkim folwarku zwierzęcym.

sobota, 9 grudnia 2017

Przemoc NIE MA płci!


Robiąc weekendowy przegląd internetu trafiłem na ciekawy incydent z marca tego roku, o którym szczerze mówiąc, wcześniej nie słyszałem. Jednakże tak bardzo mnie zbulwersował, że musiałem zareagować. ''Przemoc ma płeć. Ofiarami są kobiety i dzieci, a sprawcami mężczyźni'' – stwierdziła zastępczyni RPO w programie Renaty Kim. Te słowa są po prostu obrzydliwe.

Pani dr Sylwia Spurek od dwóch lat jest zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich ds. RÓWNEGO TRAKTOWANIA. Czy osoba na takim stanowisku ma jakiekolwiek prawo do tak krzywdzących i seksistowskich komentarzy? Nie. Musimy pamiętać, że seksizm nie jest przypisany wyłącznie do mężczyzn, ale określa każdą dyskryminację ze względu na płeć. Tej dyskryminacji dopuściła się jednak osoba, która teoretycznie powinna z nią walczyć. Widocznie dla dr Spurek równe traktowanie ogranicza się do wywyższania cierpienia kobiet, z równoczesną dyskryminacją mężczyzn. Czytając biogram Sylwii Spurek możemy przeczytać, że od niemal dwudziestu lat jest zaangażowana w działania na rzecz praw człowieka. Jednak teraz można śmiało stwierdzić, że prawa człowieka dla pani doktor ograniczają się do praw kobiet i feministycznych pobudek.

Statystyki dotyczące przemocy w rodzinie bliżej poznać możemy na stronie polskiej policji. Dane z zeszłego roku zgromadzone przez organy ścigania pokazują, że 66 930 kobiet złożyło formularz ''Niebieskiej karty''. Liczba ta jest zatrważająca, lecz w przeciwieństwie do zastępcy RPO – spójrzmy na rubrykę niżej. 10 636 mężczyzn padło ofiarą przemocy domowej w 2016 roku. Oczywiście jest to liczba dużo niższa, ale czy ponad dziesięć tysięcy mężczyzn musi być skrzywdzonych ponownie? Stwierdzenie, że przemoc ma płeć jest dodatkowym ciosem w każdego z nich. Każdy z nich przez jedno obrzydliwe zdanie został przechrzczony z ofiary na kata. Oczywiście ta liczba może być dużo większa niż stan faktyczny, gdyż są to tylko oficjalnie złożone wnioski. Wielu mężczyzn może w milczeniu przechodzić swoją gehennę, gdyż nie ma odwagi przyznać się do tego, że stało się ofiarami. Słowa Sylwii Spurek mogą ich tylko pogrążyć w cierpieniu i dać dodatkową świadomość, że nie ma dla nich pomocy.

Jeszcze ''ciekawsze'' są wyniki badania CBOS sprzed pięciu lat. 11% kobiet i 10% mężczyzn przyznało się, że doświadczyło przemocy fizycznej ze strony swojego partnera. Jeden punkt procentowy to różnica mieszcząca się w granicach błędu statystycznego i na pewno wyklucza stwierdzenie, że przemoc ma płeć. Dodatkowo 12% kobiet i 10% mężczyzn przyznało się, że podczas kłótni uderzyło swojego partnera. Kobieta może się unieść podczas sprzeczki? Musimy pamiętać, że przemoc nie ogranicza się wyłącznie do aktów cielesnych, lecz często bardziej destrukcyjna jest przemoc psychiczna. Badania psychologów potwierdzają, że to właśnie kobiety częściej po nią sięgają. Aż 20% badanych mężczyzn przyznało się, że doświadczyło przemocy psychicznej, a kobiet 16%. Czy więc możemy stwierdzić, że przemoc psychiczna jest kobietą? Nie, ale na pewno nie jest też mężczyzną.

Zapamiętajmy raz na zawsze, że przemocy nie możemy łączyć wyłącznie z jedną płcią. Tak samo jak przez wiele lat alkoholizm był jednym z atrybutów mężczyzn, a badania naukowe coraz częściej podkreślają, że to kobiety są bardziej podatne na to uzależnienie. Raz na zawsze wyrzućmy z głowy stereotyp mężczyzny, który po drodze z pracy zahacza o bar i wracając do domu urządzą swojej rodzinie gehennę. Coraz częściej to właśnie mężczyzna jest ofiarą swojej ukochanej. Wiele mężczyzn cierpi w ciszy, bojąc się przyznać do własnej słabości. Powinniśmy ich wspierać, a okazało się, że osoba przeznaczona do pomocy im, szmaci płeć męską publicznie. To zdarzenie niedopuszczalne, które nie ma prawa wydarzyć się ponownie. Zapamiętajmy raz na zawsze, że przemoc jest gender i taką na zawsze pozostanie.

wtorek, 7 listopada 2017

W listopadzie powinny płonąć jedynie znicze


Jeszcze niedawno najmodniejsze w kraju nad Wisłą były spinnery czy pluszaki z Biedronki. Obecnie w Polsce rodzi się jednak nowa moda, która polega na manifestach samopodpalenia. Brzmi to niczym jakiś powiew romantycznego werteryzmu, jednak w praktyce jest to jedynie kolejne ekstremum maksimum głupoty oraz pokazanie jak poważny jest problem zdrowia psychicznego.

Wszystko zaczęło się od pewnego ''polskiego chemika'', który 19 października postanowił w akcie desperacji podpalić się na Placu Defilad w Warszawie. Oczywiście zdarzeniu temu towarzyszyła podniosła atmosfera przepełniona miłością do Ojczyzny, a sam nieboszczyk tuż przed swoim ''heroicznym czynem'' wygłosił antyrządowe hasła, włączył jedną z piosenek o wolności oraz rozrzucił kopie napisanego przez siebie manifestu. Brzmi jak akt z romantycznego dramatu, lecz skończyło się jedynie na akcie zgonu. Manifest polskiego chemika zawierał piętnaście punktów, w których widniały powody, dla których protestuje przeciwko partii rządzącej. Rozumiem, że działania rządzących mogły się panu chemikowi nie podobać, gdyż sam mógłbym napisać po dwóch latach rządów kilka takich manifestów. Jednakże forma protestu przez niego obrana jest krótką mówiąc - głupotą. Wiele rzeczy może nam się nie podobać w rządzących, lecz po co robić z siebie ofiarę całopalną? Są inne formy protestowania niezadowolenia w mniej inwazyjny sposób niż robienie z siebie żywej pochodni. Czy lekarze rezydenci mają po kolei zapalać się niczym zapałki? Czy zamiast światełek na choinkach mają wisieć nauczyciele, którzy stracili pracę przez reformę edukacji? Zdecydowanie nie.

Bodźcem, który popchnął mnie do napisania tego tekstu jest jednak dzisiejsze kolejne samopodpalenie pod sądem w Rzeszowie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Gdy coś dzieję się raz, to możemy przymknąć na to oko. Jednak gdy coś się powtarza, to możemy nazwać to już recydywą i z niepokojem obserwować kuriozalny trend. Jeszcze nie wiemy kim jest mężczyzna, który podpalił się w Rzeszowie oraz co go do tego popchnęło. Możemy spekulować, że również chodziło o zabarwienie polityczne, jednak równie dobrze mógł przegrać sprawę o alimenty. Tego jeszcze nie wiemy. Istotne jest natomiast to, że doszło do kolejnego aktu samopodpalenia. Chemik z Warszawy pokazał narodowi polskiemu, że można swoje problemy manifestować poprzez kuriozalne akty. Boję się, że może to posunąć innych ludzi ogarniętych stanami depresyjnymi do podobnych czynów. Tak stało się właśnie w Rzeszowie.

Obie sytuacje pokazują nam jak poważny jest obecnie problem zdrowia psychicznego. Ludzie coraz częściej popadają w stany depresyjne oraz posuwają się do ostatecznych kroków. W tej chwili jesteśmy świadkami tego, że do popularnych metod samobójstwa dołączyło również samopodpalenie. Musimy pamiętać, że o każdym swoim problemie należy rozmawiać. Jeśli rozmowa z bliskimi nie pomaga, to trzeba pamiętać o tym, że psychiatrzy to lekarze, a depresja to bardzo poważna choroba. Nie możemy doprowadzać do sytuacji, w których niezadowolenie społeczne będzie bodźcem do krwawych aktów. Oczywiście możemy manifestować swoje niezadowolenie w różnorakie sposoby. Nie podoba Ci się coś? Wykrzycz to! Jesteś niezadowolony z obecnej sytuacji politycznej? Idź na demonstrację! Chcesz by ta sytuacja się zmieniła? Idź na wybory, zamiast spluwać jadem w kierunku urny wyborczej! Chcesz manifestować ? Nie krzywdź przy okazji innych, ale również siebie! Chcesz zmienić świat? Musisz zacząć od siebie!

Listopad to miesiąc zadumy nad naszym życiem. Czas, w którym śmierć wydaje się szczególnie bliska i myślimy o niej więcej niż w innych miesiącach. Nie zapełniajmy swoimi problemami kolejnych kwater na cmentarzach. Wyrzućmy je z siebie, nim one zakopią nas dwa metry pod ziemią. Każda sytuacja ma rozwiązanie, a samobójstwo nie jest wyjściem. Nie ofiarujmy życia za swoje problemy, nie róbmy z siebie żywych pochodni. Żyjmy tak, by w listopadzie płonęły jedynie znicze.